16 września

#491. Rytuał łowcy | Przemysław Borkowski

 


Ta klimatyczna okładka to dobry zwiastun.

To było moje pierwsze spotkanie z Borkowskim. Nikogo chyba nie zdziwi jak powiem, że było udane. Może wydawać się to dość płytkie, ale dobra oprawa graficzna – taka wpadająca w oko – to pierwszy mały sukces książki, drugi to treść. W tym konkretnym przypadku nie miałam się do czego przyczepić i szczerze liczę na to, że autorowi uda się odnieść literacki sukces – że jego książka nie zginie w natłoku nowości w ciągu najbliższego tygodnia. Co prawda czytając Rytuał łowcy miałam wrażenie, że styl autora kogoś mi przypomina, ale przez całą książkę nie zdążyłam się zorientować o kogo mi chodzi. Przeszłam przez nią błyskawicznie i przestałam się nad tym nawet zastanawiać.

 

Teraz, jak już na spokojnie o tym rozmyślam, to Borkowski zauroczył mnie tą powieścią w podobnym stopniu, co Borlik swoim pierwszym tomem z Agatą Stec i Arturem Kamińskim (zresztą to on też napisał krótką okładkową polecajkę na Rytuał łowcy). Nie powiedziałabym, że piszą podobnie, ale momentami zwracają uwagę na podobne elementy, które mnie szybko potrafią oczarować i w zasadzie zaczarować. Myślę chociażby o stopniowaniu napięcia, budowaniu odpowiedniej relacji na linii czytelnik-morderca, wykreowaniu zabójcy na kogoś, kto pod pewnymi względami budzi też lekki podziw (ale taki w granicach rozsądku), no i obaj potrafią zbudować ciekawą kryminalną otoczkę do swojej fabuły.

 

Borkowski potrzebował sporo czasu, żeby porządnie się rozkręcić. Kilka, a może nawet kilkanaście, pierwszych rozdziałów wydawało się być lekko monotonne, ale jednak autor nadal podrzucał kąski, które ciekawiły. Pierwsze tomy serii z nowymi bohaterami mają to do siebie, że zazwyczaj potrzeba w nich trochę czasu i przestrzeni na ich przedstawienie, zbudowanie między nimi relacji i pokazanie chociaż fragmentów ich życia prywatnego czy zawodowego. Powoli więc razem z nimi wchodziliśmy w śledztwo, poznawaliśmy sprawę i zastanawialiśmy się, kim może być morderca. Mając to na uwadze nie czułam się szczególnie zmęczona przydługimi momentami tym bardziej, że w drugiej połowie książki Borkowski zdecydowanie wynagrodził mi tę mozolność. Już dawno nie spotkałam fikcyjnego mordercy, który tak bardzo by mnie jednocześnie zauroczył i przeraził swoją osobą, który sprawiłby, że rzeczywiście poczułabym ciarki niepokoju na plecach. Stopniowe budowanie tej postaci i rozwijanie jej osobowości z rozdziału na rozdział, przyczyniło się też do budowania napięcia i stopniowania go. A to oczywiście bezpośrednio  wpływa na to, że nie tak łatwo oderwać się od tej książki. Dzięki mordercy wchodzimy coraz głębiej w tę fabułę, pojawia się coraz więcej pytań, ale też dostajemy bezpośredni dostęp do oglądania jego szaleństwa. Aż boję się myśleć, gdzie Borkowski szukał pomysłów do stworzenia takiego psychopaty.

 

 

Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat polski rynek wydawniczy zalewany jest przez naszych rodzimych autorów kryminałami. Część czytelników nadal uważa, że polskie jest gorsze i decyduje się jedynie na powieści zagranicznych autorów, a druga część – łącznie ze mną – bada rynek i polskie możliwości z coraz większą satysfakcją. Rytuał łowcy to znakomita powieść, której z jednej strony chciałabym zobaczyć ekranizację, ale z drugiej boję się, że nikt nie podołałby w odtworzeniu tego szaleństwa. Niesamowicie wciągnął mnie rozwijany wątek mordercy, dopracowywane szczegóły i stopniowo budowany klimat. Nie wiem, czy poprzednie książki Borkowskiego są równie dobre, ale po takim pierwszym spotkaniu zdecydowanie mam ochotę na więcej! I jeżeli miałabym być całkowicie szczera, to poleciłabym tę książkę każdemu, a w szczególności tym, których fascynuje wnikanie w obłęd.





Wydawnictwo: Czwarta Strona Kryminału
Data wydania: 16 września 2020
Moja ocena: 7,5/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © rude recenzuje.