#397. Siedem śmierci Evelyn Hardcastle - Stuart Turton



Czasami warto sugerować się okładkami.


Myślę, że każdy nałogowy czytelnik kryminałów miał w swoim życiu moment, w którym czuł się totalnie wypalony. U mnie wypalenie wynika z tego, że właściwie ciężko jest mi trafić na książkę, której fabuła jest inna, wyróżniająca w porównaniu do historii w kryminałach już przeczytanych. Mam wrażenie, że dlatego też zdarzają mi się coraz częstsze skoki w bok, również do gatunków, po które wcześniej nie zdecydowałabym się sięgnąć.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to książka, na którą zdecydowałam się jedynie ze względu na estetyczną i przyciągającą uwagę okładkę. Opis jakoś szczególnie mnie nie urzekł, do tego jeszcze zapowiedź, że to kryminał w stylu retro, a w nich nigdy jakoś do końca nie potrafiłam się odnaleźć. Najważniejsze, że miałam na półce piękne twarde wydanie książki, która bardzo cieszyła moje oko. Sama historia tego, dlaczego zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę dla mnie jest trochę zabawna. Czasami przygotowuję ankiety na Instagramie i pozwalam wam wybierać kolejną książkę, którą przeczytam. Tym razem wybraliście właśnie Siedem śmierci Evelyn Hardcastle, a ja na początku nie byłam za bardzo szczęśliwa z takiego obrotu spraw. Jednak kiedy weszłam w świat bohaterów, nie mogłam już z niego wyjść.

Wydarzenie zorganizowane w Blackheath okazuje się być pułapką z możliwością wyjścia jedynie dzięki udzieleniu poprawnej odpowiedzi na pytanie o to, kto dokonał morderstwa Evelyn Hardcastle. Wśród gości willi jest kilka osób, które próbują rozwiązać tę zagadkę, a wśród nich jest także Aiden Bishop, który staje się również przewodnikiem czytelnika. Evelyn Hardcastle będzie umierać każdego dnia, aż do momentu, gdy ktoś odkryje, kim jest jej zabójca, albo goście nigdy nie opuszczą posiadłości. Bishop ma osiem dni i osiem szans na wydostanie się - każdego dnia budzi się w ciele innego gościa i z jego perspektywy próbuje dojść do wskazówek, które ostatecznie pozwolą mu opuścić Blackheath.

Fabuła tej książki jest mocno pokręcona i na początku może powodować lekkie zagubienie i dezorientację. Na szczęście wystarczy dać bohaterom trochę czasu do przywyknięcia do ich sytuacji, a później już sami poprowadzą czytelnika wprost do rozwiązania zagadki. To jest jedna z tych książek, która mimo wszystko wymaga nieco więcej skupienia. Mimo ograniczonego obszaru wydarzeń i stosunkowo niewielkiej ilości bohaterów, których poznajemy już praktycznie na samym początku książki, łatwo się zamotać. Dzieje się tu bardzo dużo i jeden moment nieuwagi wystarczy, żeby później mieć problem z połapaniem się kto jest kim i o co w zasadzie chodzi. Do tego dochodzi jeszcze brak chronologii i przerzucanie głównego bohatera między poszczególnymi wcieleniami. Wszystkie te zabiegi można odbierać jako wadę, bo wprowadza w książce chaos, ale moim zdaniem to nadaje książce odpowiedniego klimatu i ostatecznie utrudnia szanse na połapanie się, kto w tym zawieszaniu jest mordercą.

Styl Trutona jest lekki i myślę, że niewiele ma wspólnego ze stylem retro, którego mocno się obawiałam. Co prawda od początku czuje się, że autor przedstawił w książce wydarzenia niedzisiejsze, ale one w żaden znaczący sposób nie wpływają na czytelnika – oczywiście poza tworzeniem samego klimatu w opowieści. Obiecany styl retro bardziej przejawia się w sposobie zachowania bohaterów, klasyfikacji społecznej i budowania relacji między poszczególnymi postaciami niż chociażby w ich rozmowach. Widoczny jest również przy budowaniu samej otoczki do wydarzenia w posiadłości i sposobu jego celebracji, ale również pojawia się przy przedstawianiu wnętrza gigantycznej nieruchomości, która wydaje się być stworzona do tego typu uroczystości. Mimo że bohaterowie nie posługują się wysublimowanym słownictwem, to jednak też nie rozmawiają bardzo potocznym językiem.

To, co mnie najbardziej urzekło w pozycji Trutona to dopracowanie szczegółów, skomplikowanie sprawy tak, żeby żaden z czytelników nie podołał w jej rozwiązaniu, i ostateczne zamknięcie wszystkich zaczętych wątków. Wyobrażam sobie jak wiele pracy i kombinowania musiało kosztować autora stworzenie tak znakomitej opowieści, bo poza tym, że fabuła broni się już sama, to postaciom, które odgrywają w tej historii ważne role, też niczego nie brakuje. Autor każdemu z wcieleń nadał inną, charakterystyczną osobowość, która – jak się później okazuje – ma znaczenie w rozwiązaniu zagadki. Każda z postaci jest zupełnie inna, a wepchnięty w nią Bishop nie zawsze jest w stanie nad nią zapanować. Te wszystkie elementy zebrane razem w jeden powieści tworzą książkę, od której najpierw nie można się oderwać, a później nie można o niej zapomnieć.

Okazuje się, że czasami warto posłuchać intuicji i zdecydować się na książkę, która głównie wizualnie cieszy oko. Moja radość była przeogromna, kiedy okazało się, że poza tym, że książka miała schemat z jakim nigdzie do tej pory się jeszcze nie spotkałam, to dodatkowo mocno mnie zaintrygowała i wciągnęła. Nie brakuje jej oczywiście minusów, ale mam wrażenie, że kreatywność i staranność autora w przygotowanie takiej kryminalnej uczty jednak wszystko rekompensuje. Do przeczytania Siedem śmierci Evelyn Hardcastle zdecydowanie zachęcam tych, którzy lubią nieoczywiste historie i oczekują od kryminałów porządnie skonstruowanej zagadki kryminalnej. W książce Turtona nie ma zbyt wiele brutalności, także książka idealnie sprawdzi się też dla młodszych adeptów kryminalistyki.



Tytuł: Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
Tytuł oryginału: The Seven Deaths of Evelyn Hardcastle
Autor: Stuart Turton
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 544
Data wydania: 27 lutego 2019
Cena katalogowa: 42,90 zł
Moja ocena: 9/10


Komentarze

  1. W kryminałach retro fajne jest właśnie to, że niby jest śmierć, zabójstwo itd., ale wszystko to podane w delikatnej formie, bez flaków, wielkiej przemocy itp. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie pozostaje mi nic innego jak zakupić ją:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

StatCounter

Copyright © rude recenzuje.