wtorek, 11 października 2016

UWAGA: egzemplarz recenzencki!




Dziś zdecydowałam się na coś innego, bardziej pogadankowego, monologowego, chociaż mam nadzieję, że pojawicie się w komentarzach i odniesiecie się do mojego wywodu. Tu szczególna prośba do innych książkoholików blogerów – chcę poznać Wasze zdanie!
Coraz bardziej zaczyna mnie to boleć, bo coraz częściej się z tym spotykam, a że nie mam w zwyczaju ukrywać tego co myślę, to przychodzę z ogólnodostępnym postem, który mam nadzieję trafi też do wydawców, albo chociaż ich części.
 Życie blogera książkowego wydaje się bajką, bo dostaje książki za darmo i może czytać do woli, a za pieniądze, które wydałby na książki kupuje sobie inne przyjemności. Zdradzę Wam kilka sekretów, powiem dlaczego wcale nie jest tak kolorowo, jakby mogło się wydawać i dlaczego czasami ma się ochotę przestać blogować, zostawić to wszystko w cholerę.

Zaczynając przygodę z blogiem nie umiałam pisać recenzji (wcale nie twierdzę, że teraz umiem), byłam świeża, nowa i nie wiedziałam nawet z czym się je tego bloga. Robiłam to dla własnej przyjemności, żeby mieć jakieś jedno miejsce, w które będę mogła wrzucać swoje przemyślenia o książkach, gdzie będę mogła katalogować wszystkie przeczytane pozycje. Na początku wydawnictwa nie chciały współpracować, bo jak tu dać książkę takiemu świeżakowi, który dopiero zaczyna, a szanse, że w jakikolwiek sposób wypromuje daną książkę są minimalne. Recenzowałam swoje książki, które kupowałam na promocjach.
Z czasem blog zaczął się rozrastać, pojawił się książkowy instagram i książkowy profil na facebooku. Odnalazłam się w zdjęciach, znalazłam swój styl pisania, pogodziłam życie prywatne z czasem na prowadzenie bloga – szło mi tak, jak na początku sobie to wyobrażałam. Obserwatorzy i czytacze dochodzili, cały czas dochodzą. Autorzy sami zaczęli się odzywać, wydawnictwa prosiły o współprace. 
Dla wszystkich, którzy nie mają świadomości – moje usługi są darmowe.
Moją „zapłatą” za poświęcony czas na przeczytanie książki, zrecenzowanie jej, zrobienie jej stosownych zdjęć i opublikowanie wszystkiego to tu, to tam, jest sama książka

Nie wymagam od nikogo pieniędzy, książki w zupełności mi wystarczą, tym bardziej, że rzeczywiście czytanie jest czymś, co lubię, co dodatkowo sprawia mi przyjemność, a przez współprace faktycznie mogę oszczędzić. Gdyby tak rzeczywiście było nie miałabym żadnych wątpliwości, czy to co robię jest doceniane. Jednak nigdy nie jest tak kolorowo.


Pierwszą kwestią, która denerwuje bardziej niż boli jest problem z autorami, którym nie podoba się negatywna recenzja ich książki, którą otrzymałam od wydawnictwa. Sam wydawca przeważnie liczy na rzetelną opinię pozycji (nie spotkałam się jeszcze z nakłanianiem mnie do zmiany opinii czy samej recenzji ze strony wydawcy), ale autor nie zawsze. Rozumiem, że krytyka boli, ale skoro nie umiesz jej znieść, to nie pisz. Raz wywołałam „gównoburzę”, gdzie zostałam zaatakowana przez ambasadorki powieści za to, że książka mi się nie spodobała. Dostałam kilka wiadomości, że ten konkretny autor tak ma i zawsze się tak dzieje po krytyce jego książek. W komentarzach w zasadzie zostało mi zasugerowane, że nie mogłam odebrać tego jako natarcie na mnie i że to wcale nie był atak, coś sobie ubzdurałam. Książka nie mogła mi się nie podobać, a recenzja, którą napisałam była zła. Wspomniałam o tym, ale nie wracam do tego. Nie mam nerwów na narzucanie mi czyjegoś zdania. 
To mój blog, gdzie piszę o książkach dla przyjemności, piszę to, co o nich myślę, w sposób, który osobiście uznaję za najlepszy. Publikuję komentarze, które uważam za odpowiednie. Nie szanuję nikogo, kto nie ma tego szacunku do mnie, niestety. Jeżeli komuś się to nie podoba może tego nie czytać, może tu nie wchodzić, może lepiej dobierać przyszłe grono recenzentów i konsultować to z wydawcą. Na konstruktywną krytykę czekam, ale nie próbujcie narzucać mi Waszego zdania, bo to nie zadziała.


Drugim problemem, przez który w zasadzie pojawił się ten post, jest brak szacunku ze strony wydawców dla blogera. Nie będę podawała nazw wydawnictw, nie będę wyciągała prywatnych brudów – chcę ustosunkować się do pojawiających się na finalnych egzemplarzach książek pieczątek recenzenckich, po prostu.
Ostatnio wspominałam o tym na moim Instagramie i jak się okazało nie jestem sama z tym bólem serca pojawiającym się z każdą kolejną pieczątką bezpłatnego egzemplarza. Część z Was też to boli, ale są też osoby, które nie zdawały sobie sprawy z tego, że takie pieczątki pojawiają się na książkach otrzymywanych w ramach współpracy. A jeszcze inni mogą stwierdzić, że mam ból dupy, bo nie doceniam darmowych książek. Wszystko jest dla ludzi, każdy ma inny punkt siedzenia i inny punkt widzenia.


Ja osobiście nie chcę takich książek, które są ostemplowane. Często bez żadnej estetyki, pieczątka wciśnięta jest na chama, niedokładna, nie wyraźna, porozmazywana. Jak już coś robisz, to chociaż zrób to porządnie. Przeważnie spotykałam się z pieczętowaniem książek na początku, na pierwszej stronie. Ostatnio wpadłam na oznakowanie egzemplarza na ostatniej stronie, co według mnie wygląda na ukrywanie tej pieczątki – bloger wcale się nie spodziewa, że może ona tam być, przez co nawet jej nie szuka. Ale dlaczego nie chcę tych książek? Czemu są dla mnie gorsze?
Ano właśnie dlatego, że taka książka jest moim wynagrodzeniem, zapłatą za czas przeznaczony na jej czytanie, recenzowanie, robienie zdjęć itd. Zdarza się, że książka mimo intrygującego opisu zupełnie mi się nie spodoba. Bez sensu byłoby trzymanie jej na swojej półce wiedząc, że nigdy więcej po nią nie sięgnę. Dlaczego nie mogłabym jej komuś oddać albo nawet odsprzedać? Skoro już ją zrecenzowałam, to znaczy, że wywiązałam się ze swojej części „umowy”. Wydawca, stawiając każdą kolejną pieczątkę egzemplarza recenzenckiego uniemożliwia mi zarobienie najmniejszej możliwej kwoty na zbieranych książkach, skutecznie ogranicza mi możliwość oddania takiej książki komuś w prezencie, pozostawiając jedyną możliwość – wymianę (egz. recenzencki za egz. recenzencki).
Moje „wynagrodzenie” = moja decyzja co zrobić z nim dalej. Mogę ten egzemplarz zostawić u siebie (i pewnie tak zrobię), ale chcę mieć możliwość wyboru! 

Są wydawcy, którzy informują o pojawiających się nadrukach na okładkach, że kopia, która do mnie trafi jest recenzencka, żebym mogła się ewentualnie na nią nie zdecydować, ale są też tacy, którzy robią stempelki w tajniackich miejscach, gdzie nikt ich szukać nie będzie. Czy to są zabiegi celowe, czy nie – nie mam pojęcia i pewnie nigdy się nie dowiem.

Poza tym, że pojawiają się te pieczątki, to bloger dodatkowo nie powinien mieć nic do powiedzenia w tej kwestii – dostałeś książkę to siedź cicho i się ciesz. Nie dostałeś i się upominasz - jesteś złodziejem. Sama jeszcze nie miałam okazji spotkać się z takim zachowaniem wydawców, ale miałam okazję porozmawiać z kimś, kto miał i nie wspomina tego najlepiej.


Na koniec pozostaje mi jedynie zaapelować do wydawców i do osób zajmujących się ich promocjom - ZACZNIJCIE SZANOWAĆ BLOGERÓW.




EDIT: Nie mam żadnych zażaleń do książek, które napis recenzencki mają na okładce - wdrukowany - bo taka sytuacja ma przeważnie miejsce przed oficjalną premierą książki i nie ma co się dziwić, że wydawnictwa nie rozsyłają jeszcze nie wydanych egzemplarzy. To są próbki, z których bloger powinien zdawać sobie sprawę. Moje marudzenie dotyczy STEMPLI chowanych w różnych zakamarkach powieści.



Czekam na Wasze komentarze i opinie.


51 komentarzy:

  1. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że napisałaś ten post. Nie ze wszystkim się zgadzam, inne kwestie ujęłabym nieco inaczej, ale ogólnie rzecz biorąc zebrałaś wszystko w pigułkę. Faktycznie, czasem wydawnictwa przeginają z tym stemplowaniem i oznaczaniem egzemplarzy recenzenckich, bo później nie ma szans się ich pozbyć w żaden sposób. Mi się zdarzyło raz, że jedna książka oznaczona była pieczątką (wielką i czerwoną z napisem "EGZEMPLARZ RECENZENCKI) na początku, W ŚRODKU i na końcu... -,- Przegięcie. Innym problemem jest to, że często traktują blogera jak debila. Kontaktuje się z Tobą osoba od promocji. Póki robisz i promujesz daną książkę, to kontakt jest fenomenalny, a osoba miła. Gdy kończy się promocja, a bloger zwraca się z uprzejmym pytaniem o coś tam, to nagle zonk, bo odpowiedzi już się nie dostaje. Brak szacunku i kultury.

    Inny temat-rzeka, to kwestia tej krytyki i samych autorów, ale to już nie będę się rozpisywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Że napisałabyś to inaczej, to akurat wcale się nie dziwie, bo post pisałam w weekend, a czytając go dzisiaj miałam ochotę napisać go na nowo, zupełnie inaczej. Ogólnie chodziło mi o to, że ani wydawnictwa, ani autorzy nie mają szacunku do blogerów. Oczywiście nie mówię o wszystkich, a o wyjątkach. No i cieszę się, że nie jestem sama w tej sytuacji i nie tylko mnie to boli!

      Usuń
  2. Paula, masz absolutną rację.
    Choć jeszcze sama nie dostałam ostemplowanej książki to nie znaczy to, że tak nie będzie. Spotkała mnie natomiast inna, nieprzyjemna sytuacja: Napisał do mnie pewien autor książki z zapytaniem, czy chciałabym zrecenzować jego książkę. Oczywiście się zgodziłam, tym bardziej, że była to moja pierwsza tego typu recenzja. Przeczytałam książkę i napisałam recenzję: uwzględniłam co mi się w niej podobało, a co nie, ponieważ wychodzę z założenia, że każda książka ma swoje wady i zalety. Piszę tak w każdej recenzji.
    Wysyłam autorowi świeżutką recenzję, po czym kilka sekund później dostaję chamski komentarz od anonima, że moja recenzja jest beznadziejna! Jakby tego było mało, autor odpisał na maila dopiero po kilku dniach z uszczypliwościami na temat tego, co napisałam. Więcej się do mnie nie odezwał, przypadek?

    Odnoszę wrażenie, że autorzy i wydawnictwa robią z nas zwyczajnych debili. Autorzy nie umieją przyjąć krytyki, a wydawnictwa odzywają się do momentu dopóki nie zobaczą recenzji.
    Czasem aż brak słów na tego typu zachowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nazwałabym to wyzyskiem - oczekują od nas zrobienia wszystkiego, co tylko zechcą, bez żadnych korzyści dla nas. Dostajesz książkę to zamknij jadaczkę i się ciesz, a najlepiej jeszcze dziękuj i całuj rączki.
      Cieszę się, że mnie rozumiesz!

      Usuń
  3. Mnie jeszcze nie spotkała żadna tak przygoda, jeśli można to tak nazwać. Jednak nie wygląda to zbyt ciekawie. Bloguje krótko, ale czerpie z tego wiele przyjemności. I oczywiście jak każdy oczekuję szacunku.
    Cieszę się, że napisałaś ten post i poruszyłaś temat egzemplarzy recenzenckich :)
    MÓJ BLOG - zapraszam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki za to, żeby Cię to nigdy nie dotknęło ;)

      Usuń
  4. Co do pieczątek... w zupełności się zgadzam. Tekst "egzemplarz bezpłatny" oznacz dla mnie, że nie muszę napisać recenzji. Bo "bezpłatny" (tak mnie na prawie cywilnym uczyli) oznacza bez świadczenia wzajemnego. Żadnego! Domyślam się, że chodzi o podatki i dowód na nieodpłatne wydanie, ale jak nieodpłatnie i bezpłatnie, to nie mogą niczego w zamian oczekiwać. Proste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, jednak ze szkoły czasami można coś mądrego wynieść! Ja pojęcia o tym nie miałam, ale ostatnio miła Pani z jednego z wydawnictw napisała, że jeżeli chcę ich książkę jako "zapłatę", to mam od niej odprowadzić podatek. Tylko jak od książki w fizycznej, papierowej wersji, którą otrzymało się od kogoś, odprowadzić ten podatek? Bo ja tak nie umiem.
      Dzięki za komentarz!

      Usuń
    2. Podatek odprowadzasz od wartości rynkowej egzemplarza, rosliczasz się z tego jak z dochodu.

      Usuń
    3. Całkiem możliwe, chociaż nadal sobie tego nie wyobrażam ;) dla mnie brakuje tu sensu i wygląda to tak, jakbym od prezentów np. urodzinowych czy świątecznych też musiała odprowadzać podatek...

      Usuń
    4. Z tego co się orientuję, może ktoś mnie poprawi, istnieje coś takiego jak kwota wolna od podatku i jest to bodaj 556 zł. Ciężko żeby książka tyle kosztowała, chyba że ma okładkę ze złota ;) Zresztą nie wiem, czy i w takim przypadku nie byłaby potrzebna umowa ( w takim przypadku o dzieło albo zlecenie), a nigdy nie lyszalam o zleceniu blogerowi recenzji na mocy umowy ;)

      Usuń
    5. Zasadniczo tak właśnie jest, od prezentów które otrzymujesz musisz odprowadzić podatek. ;)
      http://www.infor.pl/prawo/darowizny/podatek-od-darowizn/263200,Czy-trzeba-zaplacic-podatek-od-prezentu-pod-choinke.html

      Usuń
    6. Co innego darowizna, co innego barter (a co za tym idzie przychód).
      W przypadku darowizny, faktycznie niewielkie kwoty objęte są zwolnieniem.
      Jeśli chodzi o barter, faktycznie opodatkowany jest przychód od wartości rynkowej.
      Z kolei kwota wolna od podatku w przychodzie raczej nie ma zastosowania przy osobach pracujących gdziekolwiek, ponieważ to zatrudnienie w większości wypadku absorbuje ten limit. W innym wypadku i tak należałoby podatek pobrać (załóżmy, że mowa o ryczałcie),a potem otrzymać zwrot.
      Ciężko powiedzieć jaka jest umowa zawierana z recenzentem, ponieważ istnieje kilka możliwości. I prawdopodobnie ustalane jest to przez podmiot przekazujący książkę i nie sądzę, by wybierane były formy powodujące powstanie przychodu.
      P.S. Wpis obarczony licznymi uproszczeniami i założeniami.

      Usuń
  5. Też nie przepadam za pieczątkami - znaczy ogółem mi nie przeszkadza, o ile książka zostaje u mnie. Ale to niefajne, że potem nie może "iść dalej"... Popieram - książka to jakby zapłata, też mi to wystarcza, dlatego zgadzam się, że mamy prawo z nimi robić dalej to, co chcemy. Choć z tych wydawnictw, z którymi współpracuję, to chyba 2 czy 3 praktykują coś takiego - na szczęście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie lubię pieczątek, nawet jeśli książki zostają u mnie. Mam wrażenie, że są mniej wartościowe. U mnie też ledwie kilka wydawnictw coś takiego praktykuje, ale ostatnio zostałam zaskoczona pieczątką na samym końcu książki - w miejscu, gdzie w ogóle się jej nie spodziewałam, gdzie była schowana, jakby nikt miał jej nie znaleźć. No i to przelało czarę goryczy.

      Usuń
  6. Nic dodać, nic ująć.
    Mimo, że mój blog ma już kilka lat, uczę się pisać recenzje. Właściwie to są "notatki recenzenckie". Ale kilka wydawnictw i kilkunastu autorów zaufało mi. Nigdy nie otrzymałam egzemplarza recenzenckiego z pieczątką. A przecież co nie jest, to wcale nie jest powiedziane, że nie będzie. I chyba nie będę się wtedy czuła komfortowo. Wszak dobrze napisałaś, że te książki są "zapłatą" za naszą pracę, za nasz czas im poświęcony. Ale nie zawsze książka przypadnie nam do gustu. I wtedy rzeczywiście szkoda, aby się zmarnowała.
    Poza tym, takie "pieczątkowanie" jest, moim zdaniem, wyrazem braku szacunku dla recenzenta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bloguję od ponad roku i nadal uważam, że nie umiem pisać, ale współprace jakoś same wskakują. Zazdroszczę, że nigdy nie dostałaś takiego egzemplarza, mam nadzieję, że nigdy takiego nie dostaniesz!

      Usuń
  7. Nooo...Dobra, jestem i też trochę postękam - jak obiecałam :D
    Przede wszystkim powiem Ci, że nie miałam pojęcia o tym fajansiarskich pieczątkach. Osobiście ani razu nie dostałam ksiązki tego typu - widocznie pracuję z normalniejszymi wydawnictwami , które dają mi gotowe książki. Na dobrą sprawę taki typowy egzemplarz recenzencki dostałam raz od Wydawnictwa Kobiecego i w zasadzie różnił się tym, że nie było ceny okładkowej a na okładce z tyłu był ładnie wtopiony napis "Egzemplarz recenzencki" i generalnie w ogóle mi to nie przeszkadzało, bo w sumie wszystkie książki zostawiam dla siebie :)
    Rozumiem jednak, że oddajesz czy sprzedajesz swoje książki, które Ci się nie spodobały, to normalne absolutnie.

    A jeżeli chodzi o autorów, to osobiście nie miałam takiej sytuacji, bo zazwyczaj po prostu nie czytam książek polskich autorów, a jeszcze nie trafiła mi się żadna propozycja od naszego rodaka, która naprawdę by mnie zainteresowała. Do tej pory nie miałam nawet sytuacji gdzie książka od wydawnictwa/ księgarni nie podobałaby mi się, ale jestem ciekawa kto i kiedy się oburzy, jeżeli daną powieść pojadę.

    Najbardziej mnie irytuje jak chcą koniecznie jakiś termin, miliard linków i wgl, chociaż z drugiej strony w pełni to rozumiem. Uważam, że jestem osobą, która wywiązuje się ze swoich obietnic i raczej dobrze się ze mną współpracuje, ale niestety blogosferę ksiązkową cały czas zalewa fala pseudoblogerów, którzy typowo zakładają bloga dla książek, bo uważają, że to interes życia :D To tylko dodatek, osobiście biorę tylko te książki, które po prostu i tak sama bym kupiła i już :)

    No i generalnie masz ze wszystkim rację, wpadaj do mnie, to Ci poleję :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakbym mogła mieć jedno blogowe życzenie, to chciałabym, żeby wszystkie komentarze były tak długie! ♥

      Usuń
  8. Zastanowiwszy się nad tym teraz, doszedłem do wniosku, że po prostu dałem sobą pomiatać. Popatrzmy na te pieczątki – czasami były, czasami nie, ale nigdy do głowy nie przyszło mi, że te stemple to irytujące i niewdzięczne sposoby "niszczenia" książek, za które to wydawnictwo powinno się wstydzić, nie ja. Ten tekst uświadomił mi, jak powinno być naprawdę. Bo rzeczywiście recenzent nie tylko tę książkę czyta, ale musi poświęcić jej swój wolny czas, cyknąć parę fot, napisać recenzje i porozmieszczać linki po internecie. Coś tu jest nie tak.
    Wspaniały artykuł. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy pomiatać - nie wiem. Ja bym tego tak nie nazwała. Jednym to przeszkadza, innym nie, więc nie masz co się sugerować moim postem ;) Ale zdecydowanie to wydawnictwa powinny się wstydzić, odrobina szacunku jeszcze nikomu nie zaszkodziła!

      Usuń
  9. Mam kilka egzemplarzy recezenckich w domu - dokładniej 3. Jeśli chodzi o dwa z nich, to nie było ŻADNEGO problemu po premierze dostać od wydawnictwa normalnego, pełno wartościowego wydania. Wystarczyło się tylko przypomnieć. A swoją drogą te egzemplarze wcale nie różniły się też tak mocno od normalnych wydań ;) Natomiast ostatnią mam tylko w takiej formie, ponieważ wydawnictwo drukuje kilkadziesiąt tandetnie wydanych, sklejonych byle jak "książek", rozsyła do blogerów i uważa temat promocji za zamknięty. Byłem lekko poirytowany tym, ponieważ sądziłem, że później dostanę normalny egzemplarz, ponieważ ten czytany przeze mnie, to nadaje się tylko do kosza po jednym czytaniu.

    Ja również "piszę recenzję za książkę" a po za tym dodaję ją w kilkanaście miejsc, plus na wielu grupach na fb. Reklama jest zatem dość znacząca, chociaż nie mam jakiś bardzo wielkich liczb na blogu. Niemniej jednak uważam, że za recenzję należy się książka - nie oszukujmy się, razem z kosztami wysyłki, to nie są duże pieniądze. Gdyby wydawnictwo miało zatrudnić kilkunastu blogerów na pełny etat, to szybko by z tego zrezygnowało. Nie spotkałem się z opisaną przez Ciebie praktyką, ale jest to mocno nie fair i też na Twoim miejscu czułbym się poirytowany tym faktem.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, można się dogadać i egzemplarz finalny może później dodatkowo zasilić nasze księgozbiory. Mi jednak chodzi o takie sytuacje, gdzie wydawnictwo odmawia dosłania egzemplarza nieoznakowanego, wypominając przy okazji, że poniosło koszty i recenzja musi się pojawić. I zdecydowanie się zgadzam z tym, że reklama od kilku takich blogerów jak Ty, czy ja zdecydowanie bardziej się opłaca.
      Życzę Ci, żebyś nigdy nie spotkał się z takim zachowaniem!

      Usuń
  10. Mnie też się wydawało, że wydawców interesuje rzetelna ocena, ale zupełnie się pomyliłam – nie chcę nikogo wskazywać palcami, zdarzyło mi się jednak, że byłam w mailu namawiana do podwyższenia oceny danej książki. Jeszcze gdybym zupełnie skrytykowała daną powieść i wystawiła najniższą ocenę, może byłabym w stanie zrozumieć pobudki kierujące tym panem, ale uznałam książkę po prostu za dobrą, tymczasem byłam namawiana do przerzucenia się na rewelacyjną. Ciśnienie nieźle mi się podniosło, lecz postanowiłam po prostu zignorować i nie odpowiadać, bo wdawanie się w dyskusję tutaj nie miało sensu.
    Brak szacunku wydawcy do blogera przejawia się w wielu aspektach, nie tylko w stemplach. Miałam chyba dość dużo szczęścia, bo nie dostawałam książek ostemplowanych – niedawno dostałam pierwszy taki egzemplarz i aż mnie wcięło. Jeszcze gdyby ta pieczątka była ładna, estetyczna, ale nie! Strona tytułowa jest zupełnie zniszczona. Boli mnie to strasznie, bo już pomijając fakt, że to brak szacunku dla naszej pracy, to jeszcze książka została po prostu zniszczona, innego określenia na to nie ma.
    A co do traktowania blogerów przez wydawców – obiecana paczka od marca wciąż do mnie nie dotarła i byłabym w stanie to przełknąć, gdyby mi napisano, że po prostu nie dostanę powieści do recenzji, a tutaj ciągle pojawiają się jakieś informacje, że tak, tak, już idzie. Byłoby też miło, gdyby jednak odpisywano na maile, zwłaszcza gdy współpracuje się z danym wydawnictwem już dłuższy czas, ale dobicie się do niektórych graniczy z cudem.
    Mam wrażenie, że to, co napisałam, jest strasznie chaotyczne i przepraszam za to, jednak nerwy mnie biorą ;) Czasem się zastanawiam, na co mi były te współprace, skoro przynoszą mi więcej nerwów niż pożytku. Chociaż muszę przyznać, że są wydawnictwa, z którymi współpraca to czysta przyjemność, więc nie można też uogólniać ;)

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest chaotyczne, ale dzięki temu lepiej mi się to czytało! Chociaż nie powiem, mi ciśnienie też się na samą myśl zaczęło podnosić ;) I idealne zakończenie - są wydawnictwa, z którymi warto współpracować!

      Usuń
  11. Cudowny artykuł! Poruszyłaś tu wiele ważnych kwestii. Z stemplowaniem książek jeszcze się nie spotkałam i nawet nie wiedziałam, że coś takiego się dzieje. Twoja opinia na ten temat stała się również moją opinią, bo myślę dokładnie tak samo. Wyobrażam sobie jak musi być przykro komuś, kto dostanie książkę a na pierwszej stronie jest wielkie "Egzemplarz bezpłatny". Ja bym od razu uznała, że ktoś mój czas poświęcony na przeczytanie książki, zastanowienie się nad nią, porobienie zdjęć, napisanie recenzji, umieszczenie jej to tu, to tam, traktuje jako coś po prostu tak samo bezpłatnego, darmowego. I w sumie jeżeli taka książka się nie spodoba, to powinno się mieć prawo do sprzedania jej, ale jak coś takiego zrobić z takim napisem...
    Czekam na więcej takich szczerych pogadankowych postów!
    Pozdrawiam! Dolina Książek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyszło mi trochę chaotycznie, ale mam wrażenie, że trafia do wszystkich, albo przynajmniej do znacznej większości. Stempel na pierwszej stronie irytuje, ale pieczątka na ostatniej - gdzie nikt się jej nie spodziewa i tym bardziej nawet nie szuka - wyprowadza z równowagi. Wygląda to tak, jakby ktoś chciał ją schować, żeby nie było jej widać...
      Mimo wszystko dzięki za komentarz i cieszę się, że się ze mną zgadzasz! I mam nadzieję, że nie będziesz miała nic wspólnego ze stemplami na książkach! ;)

      Usuń
  12. Na moim byłym już wydziale organizowana była konferencja ''Co ty wiesz o blogowaniu?! #2'', w której to razem z innymi blogerkami rozwiewałyśmy wątpliwości. Niektórzy naprawdę myśleli, że to nic wielkiego dostać książkę i coś o niej napisać. To schodzi. Ty jeszcze robisz ładne zdjęcia, ja w ramach swoich możliwości, czasami robi je dla mnie ktoś bliski, bo ma lepszy aparat i poczucie estetyki. Zwykle wstawiam link tylko na fb i Insta, ale raz przy pytaniu o współpracę wydawnictwo powiedziało, że życzy sobie wklejenie recenzji w przynajmniej 4 miejscach w sieci (podało je) plus informacja na grupach na fb. Zrezygnowałam... jaka by była wtedy frajda z blogowania?

    Tak jak Ty chcę mieć możliwość odsprzedania/wymiany/podarowania książki dalej, skoro ze swojej umowy się wywiązałam, a wiem, że już więcej danego tytułu nie przeczytam, bo mi się nie podoba. Mam nadzieję, że na takie książki z pieczątką nie trafię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 4 miejsca umieszczenia recenzji to niewiele. Ostatnio po napisaniu do jednego z wydawnictw otrzymałam maila zwrotnego z regulaminem blogera, gdzie właśnie wymieniono około 7-8 miejsc, w których należy opublikować recenzję (oczywiście nie wliczając w to bloga, IG, FB ani żadnego G+). Załamka.

      Usuń
  13. W zupełności się zgadzam. Co do pieczątek, porażka. Nie wypożyczam książek z biblioteki, bo po prostu boli mnie ta pieczątka, wole mieć coś swojego. Taka plama tuszu na pewno boli osobę, która uwielbia książki. Co do wydawnictw, wszystkie z którymi miałam okazje współpracować są bardzo sympatyczni. Jednak miałam styczność z jednym, gdzie wysłali mi książkę, jednak jej nie dostałam. Myślałam, że zrezygnowali, więc siedziałam cicho i bum! Dostaję mejla o mojej niekompetencji, o nieinformowaniu o opóźnieniach (gdzie zawsze coś tam skrobnę, jeżeli przeczuwam,że się nie wyrobię). Oznajmiłam im, że nie wiem dlaczego, ale powieść do mnie nie dotarła, po prostu. Przemilczeli sprawę, kolejna książka. Jednak zbliżał mi się wyjazd i napisałam o przerwie w blogowaniu, bo nie miałam innej możliwości. Odpowiedzi nie dostałam, a kiedy napisałam ponownie, usłyszałam to samo, co na początku. Teraz nie mam kontaktu z tamtymi ludźmi :)
    Po prostu: szacunek, jak wspomniałaś. Nie jesteśmy jacyś gorsi, nie jesteśmy też maszynami i poświęcamy swój własny czas na to. Tak jak my szanujemy ich, tak i oni powinni szanować nas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc i planując publikację tego posta liczyłam się z tym, że zostanę zlinczowana za to, że jestem marudą i nic mi nie pasuje. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tylu osobom może nie pasować taka stemplowa polityka wydawnictw! A szacunku mogliby mieć trochę więcej, to nie boli... Nawet żeby na głupiego maila odpisać.

      Usuń
  14. Ja dopiero parę miesięcy temu zaczęłam swoją przygodę z blogowaniem. Nie mam jeszcze żadnego doświadczenia jeśli chodzi o współpracę z wydawnictwami, ale recenzuję książki dla Koła Naukowego, do którego należę. Dzisiaj właśnie otrzymałam egzemplarz książki z takim gigantycznym stemplem na pierwszej stronie. Zgadzam się z Tobą w 100%, że przecież nie każdą książkę po przeczytaniu chcemy zostawić dla siebie. A taka właśnie oznakowana książka nie nadaje się do sprzedaży.
    Jeśli chodzi o pobieranie wynagrodzenia za recenzję, to z tym tematem spotkałam się przy okazji Śląskich Targów Książki. Jedna pani pracująca w wydawnictwie twierdziła, że jej zdaniem jeśli bloger ma już wyrobioną swoją "markę" w sieci to ona nie widzi nic złego w tym, że chce zapłaty (bardzo konkretnej, bo pieniężnej) za czas poświęcony zarówno na przeczytanie książki jak i napisanie recenzji. Ja natomiast jestem pewna, że nie potrafiłabym poprosić o zapłatę za recenzję. Jeśli wydawnictwo decyduje się na współpracę z blogerem, moim zdaniem, forma zapłaty: recenzja za książkę, wydaje się jak najbardziej w porządku. Obawiam się, że pisanie recenzji za pieniądze po jakimś czasie zaczęło by się wiązać z pisaniem pod dane wydawnictwo, a nie dla niego. A poza tym, dzielimy się naszymi spostrzeżeniami po lekturze, dlatego że chcemy i kochamy to robić. Darmowe książki otrzymywane od wydawnictw to jedynie jeden z plusów (bardzo przyjemny - nie przeczę), ale chyba nie powinniśmy popadać w skrajności.
    Pozdrawiam serdecznie!

    bookchilling.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że nie ma nic złego w tym, że bloger miałby dostawać pieniądze w zamian za recenzję. Tylko właśnie problem w tym, czy wydawnictwo zniosłoby negatywne recenzje, albo nawet takie bardzo sceptyczne? Skoro płacą, to wymagają...

      Usuń
  15. Ciekawy artykuł, widzę że bardzo podobnie myśli większość osób ;-)
    Co do pierwszego problemu dotyczącego nerwowych reakcji autorów, to po prostu trzeba z tym żyć i recenzować dalej. Negatywnych recenzji już napisanych zostało u nas wiele, a jednak oprócz zaczepnych komentarzy nikt jeszcze nie wysyła nam paczek z truciznami i nie porywa naszych recenzentów. Dlatego nie ma co dawać się zastraszyć - po prostu trzeba pisać rzetelnie.

    Jeżeli chodzi o pieczątki to tutaj powód może być całkiem błahy i użyteczny dla samego wydawnictwa. Pieczątka "Egzemplarz bezpłatny" (takie też mamy, z tego samego wydawnictwa ;-) ) może być zabiegiem czysto księgowym - nie płacisz podatku od towaru który jest bezpłatny. Więc łatwiej im ewidencjonować wydawanie takich książek. Tutaj z kolei recenzent też jest bezpieczny w razie kontroli skarbówki - nie ma dochodu, bo wartość przedmiotu to 0 zł (chociaż wątpię żeby się zajmowali takimi małymi sprawami).

    P.S. Egzemplarz po zrecenzowaniu jest własnością recenzenta, można z nim zrobić co się zechce. Nawet z pieczątką możesz odsprzedać do antykwariatu (często przyjmują) lub na allegro jako stan "dobry" z dopiskiem "widoczne pieczątki na pierwszej stronie"

    A co do relacji na linii recenzent-wydawnictwo to już temat rzeka na inny felieton...

    pozdrawiamy,
    MoznaPrzeczytac.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autorzy to akurat pikuś, poza tym, że szargają nerwy recenzentów ;)
      Na księgowości zupełnie się nie znam i nie przyszło mi nawet do głowy, że wydawnictwo może być inaczej rozliczane z egzemplarzy bezpłatnych (teraz już wiem, dzięki niektórym komentującym), a i recenzent nie będzie miał ewentualnego problemu na głowie ;)

      Usuń
  16. Jak już muszą stawiać te stemple, to mogliby wysilić szare komórki i wymyślić jakiś fajny, odjechany stempel w stylu "ta książka to dar, napisz o niej w 17 miejscach, a będzie twoja na wieki"...
    A poważnie, mi te stemple jakoś szczególnie nie przeszkadzają, ale współpracuję głównie z wydawcami, którzy ich zazwyczaj nie stawiają. Za to wkurza mnie coś innego, właśnie kwestia umieszczenia recenzji w milionie miejsc (wiesz jak to wpływa na statystyki? No właśnie :) a czasem nie doczekasz się za to nawet egzemplarza finalnego. Dlatego teraz, po 3 latach blogowania, po prostu odpuszczam i nie bawię się w podobne współprace jeśli mi się to wyraźnie nie opłaca. Nie wolno dać sobą pomiatać, a mądry wydawca to rozumie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny pomysł z tymi stemplami, to byłoby chociaż lepszą niespodzianką niż "EGZEMPLARZ RECENZENCKI" :D

      Usuń
  17. Co do tych autorów, którzy nie lubią negatywnych recenzji to podpisuję się pod tym w 100%, bo już kilka razy przydarzyła mi się taka sytuacja. I jeśli autor tylko zaproponuje prywatnie "złagodzenie" recenzji to ja prywatnie mogę go wyśmiać, gorzej jeśli autor postanawia z nami toczyć bezsensowną wojnę publicznie.

    Co do tych pieczątek to sama już pisałam o tym na blogu. Taką książkę również można sprzedać, chyba że inaczej umawiamy się z wydawcą, ale jakby nie było zmienia to z marszu jej wartość, bo nie każdy chce kupić taką książkę. Jest to nie fair wobec recenzenta i zdecydowanie bardziej wolę współpracować z wydawnictwami, które tego nie robią. Tak jest bardziej fair.

    Pozdrawiam,
    Diane Rose

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie będę się rozpisywać, bo i nie ma po co - zgadzam się z większością tego, co napisałaś. Te pieczątki faktycznie są fatalne. Jak jakieś piętno potencjalnego złodzieja czy naciągacza. Niektóre wydawnictwa wrzucają ich do książki chyba z setkę - przed rozdziałem, po rozdziale, w trakcie rozdziału. Bywa, że zasłaniają właściwy tekst. Po co, ja się pytam?

    OdpowiedzUsuń
  19. Bardzo dobrze, że o tym napisałaś :-).
    Według mnie kwestia recenzowania za książkę jest chyba trochę bardziej dokuczliwa. Oczywiście mole książkowe, które mają swoje blogi, tak czy siak będą czytać, ale skoro decydują się mieć swój udział w działaniach promocyjnych wydawnictw, portali czy autorów, to przeliczając wartość nominalną książki na ilość godzin poświęconą na przeczytanie książki, napisanie recenzji, zrobienie zdjęć itp.,to "stawka" jest symboliczna.
    Znam też osoby, które marzą o tym, żeby z blogowania po prostu żyć, a książkami najedzą się tylko w znaczeniu duchowym :-(.
    Pozdrawiam,
    Zaczytana do samego rana

    OdpowiedzUsuń
  20. Mój blog jest malutki i bardziej prywatny, nie współpracuję z żadnym wydawnictwem i raczej nie zdecydowałabym się na współpracę nawet, jeśli ktoś by mi ją zaproponował. Recenzuję sobie powoli wszystko, co wpadnie mi w ręce i są to zwykle jakieś "starocie" sprzed kilku czy kilkunastu lat.

    Co do pieczątek - myślę, że trochę przesadzacie. Egzemplarz bezpłatny oznacza, że to wy dostaliście go za darmo, a później możecie zrobić z nim co chcecie. Pieczątka nie jest jakimś nie wiadomo jakim zniszczeniem książki i kupiec - pod warunkiem, że nie zataicie faktu jej istnienia - na pewno się znajdzie. Aczkolwiek zgadzam się z tym, że tajniackie umieszczanie pieczątki gdzieś na końcu czy w środku jest chamskie i nie powinno mieć miejsca. A wydawnictwa nie szanują blogerów książkowych, bo wiedzą, że jeśli jeden czy drugi odmówi współpracy, to na jego miejsce szybko znajdzie się kilku kolejnych. Koszt wysłania kilkunastu egzemplarzy recenzenckich jest śmiesznie niski w porównaniu do wartości reklamy, którą im robicie.

    OdpowiedzUsuń
  21. Jeśli chodzi o autorów, którzy wysyłają nieprzyjemne wiadomości, bo skrytykowałaś ich książkę to fakt, to jest denerwujące. Ja akurat nie miałam jeszcze tego przypadku, tylko raz pisarz, który sam podesłał mi swoją książkę do recenzji, wrzucił moją opinię na swój fanpage na facebooku i jego fanki zaczęły mnie wyzywać od niespełnionych pisarek (kulą w płot, bo ja akurat nigdy nie miałam ochoty napisać książki, wolę je czytać), ale mówiąc szczerze, zupełnie to po mnie spłynęło ;) Szkoda nerwów na takie pierdoły.

    Natomiast co do pieczęci w książce - nie przeszkadzają mi, o ile nie przeszkadzają w czytaniu książki. Egzemplarze recenzenckie, których nie chcę zachować, zanoszę na wymiany książkowe, które organizujemy ze Śląskimi Blogerami Książkowymi ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Mam na swoich półkach kilka książek z takimi pieczątkami z pewnego wydawnictwa... Książki nie były wybitne i chętnie bym je sprzedała, ale jak mam to teraz zrobić? Dlatego zrezygnowałam z tej współpracy. Podobnie jak Ty, uważam, że nie powinno się niszczyć naszej jedynej zapłaty za recenzję... Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  23. Co prawda współpracuję tylko z jednym wydawnictwem, ale ono nie oznacza książek wysyłanych do mnie w ramach współpracy w taki sposób, w jaki tutaj piszesz. Tylko raz dostałam książkę, na której okładce była nadrukowana informacja, że jest to egzemplarz próbny, nie do sprzedaży, ale pod spodem była też informacja, że jest to tekst przed ostateczną korektą, więc ten zabieg byl dla mnie zupełnie zrozumiały. Ciężko jest mi zrozumieć, że osoby współpracujące z blogerami z ramienia wydawnictw nie rozumieją, na czym polega współpraca barterowa, a przecież to, że otrzymało się książkę od wydawnictwa w zamian za jej recenzję nie oznacza, że "otrzymało się ją za darmo".

    OdpowiedzUsuń
  24. Faktycznie wydawnictwa czasem są trochę niewdzięczne. Mam też wrażenie, że niektóre są nieświadome tego jaki wpływ na promocje książki ma blog czy instagram. Książka jako towar ma bardzo ograniczoną reklame niestety, szczególnie w porównaniu do promocji filmów czy muzyki. Ostanio bardzo podoba mi się pomysł promowania książek w formie plakatów na przystankach, skoro zwraca się tak uwagę na filmy to warto też na książki. Zmierzam to tego, że blogerzy faktycznie mają spory udział w promocji książek, nawet jeśli recenzja pokazuje wady i zalety, to każdemu podoba się co innego. Są ludzie, którzy akceptują wolną akcje i kiedy mi to przeszkadza im się będzie dobrze to czytać. Recenzje książek zwracają na nie uwagę. Widać to szczególnie po książkach dla młodzieży, gdzie faktycznie jak zaczyna się coś pojawiać w receznjach czy na IG to leci fala. Nie ma co ukrywać, że internet to teraz najpotężniejszy środek do promocji, więc współpracując z blogerami można na tym bardzo dobrze wyjść, tylko trzeba pamiętać przy tym o kulturze i o tym, że to jest współpraca, a nie zlecenie. I zdecydowanie bardziej ufam jeśli na okładce widzę blubry blogera niż aktora.

    Nie wiem jak wygląda "od środka" sprawa z egzmeplarzami recenzenckimi, bo dopiero zaczynam blogować, ale moge się wypowiedzieć jak wygląda promowanie książki w innym środowisku niż blog. Przez dwa lata jak pracowałam w księgarni spotkałam się z TRZEMA egzemplarzami przesłanymi dla księgarzy.Tak naprawdę to nikt nie zwraca uwagi na to, jak wielu ludzi polega na opinii księgarza. Głównie sprzedawałam książki z polecenia, ludzie naprawdę czasem biorą co się im da. Nie tylko z blogerami wydawnictwa prowadzą czasem dziwną współprace, ale z księgarniami też. Trochę tego nie rozumiem, bo to dalej my (księgarze i blogerzy) robimy im w jakiś sposób sprzedaż. Są wydawnictwa, które faktycznie traktują to serio. Raz też mieliśmy bardzo fajną akcję, którą bardzo dobrze wspominam. Przedstawiciel jednego z popularniejszych wydawnictw uwielbiał z nami rozmawiać o książkach i doceniał nasze zaangażowane, więc dogadał się z owym wydawnictwem, że jeśli przez miesiąc uda nam się osiągnąć dany (ustalony i realny) limit sprzedaży ich książek to w ramach "nagrody" otrzymamy książki i faktycznie tak było. Przez ustalony miesiąc promowaliśmy ich książki (z przyjemnością zresztą, bo jeśli ma się do wyboru sporo tytułów, a nie jeden konkretny to zawsze się coś znajdzie). Taka forma motywacji ze strony wydawnictwa strasznie mi się podoba i zmobilizowała wszystkich pracowników. Inne wydawnictwa szczególnie na tym nie ucierpiały, bo nam księgarzom zależało głónie na zadowolonym kliencie, więc nie polecaliśmy twardo jednego wydawnictwa, a zwracaliśmy na nie większa uwagę. W niektórych księgarniach jest też tak, że my księgarze musimy dobrze wiedzieć co sprzedajemy i wydawnictwa wysyłają swoich "tajnych agentów" na przeszpiegi. Wypytują nas, pytają co polecamy, sprawdzają naszą wiedzę. Czasem miałam wrażenie, że są wydawnictwa które uważają, że jak coś wydały, to wszyscy są im wdzięczni, a my promujemy i sprzedajemy z uśmiechem na ustach, bo tak. Średnie zachowanie i to wszystko ma wpływ na traktowanie książki. Nie chce tutaj pokazywać jak złe są wszystkie wydawnictwa, bo są lepsze i gorsze akcję, a są takie które ubóstwiam i za wydania i za podejście do czytelnika. Fajną akcję mieliśmy też przed Gwiazdką 2016. Była kontrolka z grupy wydawniczej, z którą również nam się bardzo dobrze współpracowało i wszyscy księgarze otrzymali z okazji świąt czekolady, a przedstawiciel przepraszał, że nie są to książki, ale nie daliby rady obdarować wszystkich. Można? Można! Chciałabym, żeby wydawnictwa doceniły i księgarzy i blogerów i czytelników, bo siedzimy w tym wszyscy razem i często nawzajem napędzamy te maszynę. A książki i czytelnictwo trzeba promować w każdej możliwej formie, i nie da sie ukryć, że to promowanie sprawia radość jak materiał jest dobry. Wtedy można się poczuć jak ambasador kultury ;D

    Pozdrawiam i przepraszam za chaos wypowiedzi... Emocje :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Oho, osiągnełam limit w komentarzu. Chcę jeszcze dodać, że wiem i rozumiem, że rozliczenie księgarzy zależy od firmy, a nie od wydawnictw, ale chodzi mi tu głównie o docenienie nas (ksiegąrzy, blogerzy i czytelników). Sprawdzani jesteśmy i przez wydawnictwa i firmę, a wynagrodzeni tylko przez firmę. Naprawdę dużo lepiej pracuje się, kiedy nasza praca komuś pasuję i on o tym mówi. Razy czy dwa dostaliśmy maila z podziekowaniem za sprzedać jakiejś pozycji, a takie gesty dużo znaczą ;) W całej mojej wypowiedzi chciałam odnieść do się do kultury i szacunku dwóch stron, a nie kopać kogokolwiek :D

      Ze strony wydawnictw to też nie jest łatwa kwestia. Dlatego oceniam ich pracę jako ogól i nawet jeśli coś kuleje to ogarniają inne rzeczy (boli mnie też oszczędzanie na korekcie, ale to inny temat). Reasumując, w Polsce mamy naprawdę fajne wydawnictwa, ładne wydania, oby tak dalej to i może współpraca się poprawi ;)

      Usuń
    3. Sonia Draga ma teraz fajną akcję dla księgarzy: wystarczy do nich napisać i co miesiąc przysyłają księgarzom jedna, dwie pozycje do przeczytania i polecania klientom :)
      Kiedy pracowałam w księgarni, to jeszcze Wydawnictwo Literackie podrzucało nam swoje nowości do przeczytania. Dużo też zależy od przedstawicieli, kiedy w Znaku był świetny chłopak, zawsze przywoził nam jakieś lektury, w ten sposób dbał, żebyśmy były na bieżąco z ich ofertą :)

      Usuń
  25. Na szczęście niektóre wydawnictwa (SQN, MAG, Czarna Owca, FILIA Mroczna Strona) są spoko.

    OdpowiedzUsuń
  26. Na szczęście niektóre wydawnictwa (SQN, MAG, Czarna Owca, FILIA Mroczna Strona) są spoko.

    OdpowiedzUsuń
  27. Super, że trafiłam na ten wpis! Zgadzam się i chyba już wiem co w najbliższym czasie pojawi się i u mnie :)

    Basia z http://bjcdobryfilmijeszczelepszaksiazka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

© Agata | WS.