13 września

#430. Księżniczka z lodu - Camilla Läckberg



Nie byłam, nie jestem i nie będę fanką kryminału obyczajowego.


Kiedy kilka lat temu, kiedy dopiero wchodziłam w świat książek, polecano mi samych topowych autorów – tych znanych i lubianych na całym świecie. I z tych norweskich, poza Larssonem i jego trylogią Millennium, częstym poleceniem była Camila Lackberg. Przyznam szczerze, że przez długi czas byłam zwolenniczką posiadania ładnych książek na półkach, a seria Lackberg wygląda fenomenalnie w komplecie i przez szmat czasu kusiło mnie, żeby kupić ją w pakietach, żeby ją po prostu mieć. Na szczęście zanim zaopatrzyłam się we wszystkie tomy jej serii trochę dojrzałam. Dorosłam do tego, że kupowanie książek tylko ze względu na to, że wszyscy je lubią i są ładne, jest zupełnie bez sensu. Kupiłam pierwszy tom, który leżał na tyle długo, że jego strony zupełnie zżółkły, a ja ostatecznie i tak skorzystałam z elektronicznej wersji książki.

Gdyby nie to, że słuchałam jej w formie audiobooka, to pewnie zostawiłabym ją po kilku rozdziałach. Wydawała mi się strasznie monotonna, żeby nie powiedzieć po prostu nudna. I mimo ciekawego wątku kryminalnego, który na początku jeszcze był mocno wyczuwalny, to relacje między bohaterami i wywlekanie wątków pobocznych sprawiło, że zaczęła wpadać mi jednym uchem, a drugim już wypadała. Tak jakby autorka zabiła potencjał swojej powieści już na początku.

Na dobrą sprawę niby nie mam się za bardzo do czego przyczepić w tej powieści, ale po kontynuację już nie sięgnę. Jeżeli chodzi o bohaterów, to i Erika, i Patric są dopracowanymi postaciami, które od pierwszych stron wydają się być sympatyczne. Mimo kilku drobnych zgrzytów w ich zachowaniu, nie działali mi jakoś szczególnie na nerwy, co przy tego typu powieściach często mi się zdarza. Nie żebym ich wyjątkowo polubiła i chciała wchodzić głęboko w ich życie, żebym była ciekawa co tam dalej się będzie działo, żeby łapać za kolejne tomy. To zupełnie nie ta bajka. Byli znośni, a prawdopodobnie trochę dzięki temu dałam radę przesłuchać tę książkę do końca. Ta napisana jest lekkim językiem, przez co łatwo się przez nią przechodzi. Autorka przedstawia wydarzenia z różnych perspektyw czasowych, co powinno utrzymywać w napięciu, powinno pobudzać jakiś niepokój – w moim przypadku nie dało to żadnego pozytywnego efektu, a jedynie znudzenie przy kumulacji tej nijakości po kolejnym nijakim rozdziale. Brakowało mi w Księżniczce jakiegoś  wyraźnego elementu, który sprawi, że nie będzie wydawała się taka rozmemłana. Bo ostatecznie stwierdzam, że była przyzwoita, można ją czytać w zależności od upodobań, ale dla mnie nie wyróżniała się zupełnie niczym. Minęły dwa tygodnie od czasu kiedy ją przesłuchałam, a ta historia już zaczęła mocno blaknąć w mojej pamięci.

Odradzam przygodę z Lackberg tym, którzy tak jak ja nie przepadają za mocniej rozwiniętym wątkiem obyczajowym od tego kryminalnego w książkach określanych kryminałami. Myślę jednak, że tego typu powieść może być dobrą odskocznią od ciężkich i intensywnych kryminałów, więc jeżeli macie w zwyczaju właśnie takie czytać, to Księżniczka z lodu da wam znacznie więcej spokoju ducha. Pytanie czy tego spokoju nie będzie za dużo i nie uśniecie między rozdziałami w nudów. Można przy niej odpocząć, chociaż u mnie kończyło się to utratą świadomości, co właśnie działo się w fabule. No i jeżeli o mnie chodzi, to ja już do książek tej autorki nie wrócę.



Tytuł: Księżniczka z lodu 
Tytuł oryginału: Isprinsessan
Autor: Camilla Läckberg
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 424
Data wydania: 24 czerwca 2016
Cena katalogowa: 24,90 zł
Moja ocena: 5/10



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © rude recenzuje.