14 sierpnia

#537. Matnia | Przemysław Piotrowski

 

Tutaj czeka nas całkiem poważna rozmowa.


Piotrowskiego polubiłam za serię z Igorem Brudnym, która była mocna, brutalna i krwawa. Mając przed oczami Matnię byłam pewna, że to tylko trochę spokojniejsza książka, w której jest więcej grozy, ale nadal wyrywa z kapci. Zresztą zapowiedzi okładkowe innych autorów właśnie to zwiastowały. I kolejny już raz przekonałam się, że w ogóle nie warto czytać tego, co wydawca i inni autorzy obiecują na okładkach. Mam wrażenie, że przeczytaliśmy zupełnie inne książki!

 

To musi zostać powiedziane już na początku, a później będę tłumaczyć się ze swoich słów. Matnia jako thriller psychologiczny jest słabą książką. Jest rozwleczona do granic możliwości i nie ma tam ani grozy, ani żadnej psychologii. Mój czytnik pokazał, że dopiero na 85% powieści coś się zaczęło dziać. Ale jeżeli spojrzymy na tę książkę jako na powieść obyczajową z elementami thrillera, to tutaj już wypada znakomicie, bo mamy mnóstwo dziwnych relacji i w ogóle bardzo specyficzną społeczność, a do tego zakończenie, które przy zupełnie innym nastawieniu wyrwie z butów.

 

Czytając tę powieść początkowo byłam mocno zawiedziona, bo po prostu poczułam się oszukana. Lubię styl Piotrowskiego, lubię jego historie i bohaterów, więc nie pasowało mi to, że przez fałszywe budowanie wizerunku książki oczekiwałam czegoś innego. Czekałam na historię, która zacznie i skończy się z mocnym przytupem, przez którą będę miała ciary i która pobudzi moją wyobraźnię. No to nie wyszło. Do tej pory nie potrafię zrozumieć, dlaczego wydawca zdecydował się na taki krok, bo to nie zadziałało na korzyść tej książce. Tym bardziej, że w takich osądach nie jestem jedyna. A co najlepsze – bardzo chętnie przeczytałabym lżejszą historię stworzoną przez tego autora, głównie ze względu na moją sympatię do jego twórczości. Ostatecznie właśnie przez to, w trakcie czytania książki, zdecydowałam się zmienić swoje podejście. Wyzerować te wszystkie negatywne emocje i po prostu dać mu szansę. No i wiecie co? Okazało się, że mając świadomość, że to powieść obyczajowa z twistem znacznie przyjemniej mi się przez nią przechodziło i ostatecznie uważam ją za bardzo dobrą, ale w zupełnie innej kategorii, niż ta, do której została wrzucona.

 

Jestem coraz bardziej świadomym czytelnikiem, staram się krytykować tylko konstruktywnie, a mając w rękach złą (w moim odczuciu) książkę, po prostu przestaję ją czytać. Matni nie chciałam dać spokoju, bo wiem, że Piotrowski potrafi wykreować świetne historie, no i ta ostatecznie taka była. Główną bohaterką jest Zuza, którą życie już dość mocno zdążyło doświadczyć. Zaczynając nowy rozdział w Toporzycach, u boku Marka, wreszcie czuje się kochana i spełniona. Chociaż ma mnóstwo obaw, to jednak wydaje się, że los wreszcie potraktował ją trochę łagodniej.

 

Toporzyce to wieś, położona gdzieś pośrodku niczego, dookoła której znajduje się wyłącznie las i jezioro cieszące się złą sławą. Społeczność jest niewielka, zżyta ze sobą, ale nie tolerująca ani turystów, ani nowych mieszkańców. Zuza znajduje się w wyjątkowo trudnej sytuacji i chociaż chciałaby nawiązać jakieś relacje z sąsiadami, to to nie wychodzi. W między czasie dowiaduje się tylko o legendach dotyczących tego miejsca, a to zaczyna pobudzać jej wyobraźnię. No i tak jak ją pustkowie, las i dziwni sąsiedzi przerażają, tak ja nie jestem kupiona tym klimatem. Byłam, widziałam, żyłam takimi sytuacjami i nie robi to na mnie wrażenia, a szkoda! Ale przyznaję, że sama historia mnie zaciekawiła. Jestem młodą matką, więc przez wszystkie zuzowe problemy dopiero co sama przechodziłam. To pozwoliło mi chyba wejść lepiej w jej sytuację, wyobrazić sobie wszystkie te momenty, gdzie miała bardzo pod górkę. Pojawienie się już na sam koniec książki tej nutki thrillera sprawiło, że cała ta historia się spięła, wszystko stało się jasne, a przy okazji też przerażające. Autor tym razem kazał wyjątkowo długo czekać na rozwiązanie całej historii, ale to lekko monotonne doprowadzenie do momentu, w którym zaczyna się robić naprawdę dynamicznie, było warte przeczekania. Ta książka ma przekaz, każdy uważny czytelnik znajdzie w niej ostrzeżenie, chociaż nie każdego musi ono dotykać bezpośrednio. I tak jak w serii z Brudnym Piotrowski przerażał brutalnością, z którą na ulicy raczej się nie spotkamy, tak w Matni poruszył temat, który jest prawdziwym problemem.

 

Bardzo bym chciała, żeby każdy z was przeczytał tę książkę z czystą głową – nie nastawiając się na żadne konkretne doznania czytelnicze. Myślę, że to bardzo ułatwi wszystkim sprawę. Chciałabym też, żeby takie książkowe oszustwa zdarzały się rzadziej, bo sama byłam bardzo blisko momentu, w którym bym Matnię skreśliła. Pewnie z Piotrowskim. A to jest bardzo dobra książka, pod warunkiem, że nie traktuje się jej jako thriller. No i mam wrażenie, że kierowana jest jednak bardziej do kobiet niż mężczyzn, przez błogosławiony stan głównej bohaterki.

 


Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 11 sierpnia 2021
Moja ocena: 7,5/10
Za udostępnienie egzemplarza dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © rude recenzuje.