czwartek, 5 stycznia 2017

Autorzy na widelcu - #4. Robert Małecki


METRYCZKA 

Imię: Robert
Nazwisko: Małecki
Znak zodiaku: bliźnięta
Wzrost: 182 cm
Dorobek literacki: Najgorsze dopiero nadejdzie (recenzja do poczytania tutaj)
Ulubiona książka: Harlan Coben, Nie mów nikomu



Fot. Łukasz Piecyk
Rude recenzuje: To zacznijmy od początku.Wiem, że lubisz czytać kryminały. Nie obawiałeś się tego, że te przeczytane książki mogą mieć na Ciebie i Twoje powieści duży wpływ? Że mimowolnie będziesz się sugerował tym, co zostało już napisane przez kogoś innego?

Robert Małecki: Odpowiem tak: jeśli chcesz nauczyć się grać na gitarze, to sięgasz po nią i oczywiście najpierw uczysz się chwytów, a potem próbujesz grać to, czego sama lubisz słuchać. I z pisaniem jest podobnie: czytasz po to, by znaleźć swoich mistrzów, byś mogła opowiadać swoją historię czerpiąc przy tym inspirację z ich sposobów tworzenia postaci, narracji, budowania napięcia, czy wreszcie konstrukcji kryminalnych intryg. Wszystko to, co przeczytałem, uczy mnie bycia lepszym pisarzem. Kiedy pochłaniam powieści Indridasona mogę walić głową w mur, że nie umiem pisać tak, jak on, ale zamiast tego, wolę podpatrywać sposób w jaki buduje tak genialną postać jak Erlendur Sveinsson, jak rozkłada fabularne akcenty. Przy Cobenie zgrzytam zębami, że nie umiem zbudować takiej intrygi jaką on stworzył w „Nie mów nikomu” czy „W głębi lasu”. Więc czytanie dla mojego pisania jest jak tlen.


RR: A co z innymi gatunkami?

RM: Czytam coś tam, ale nie ma to jak dobry kryminał!


RR: Wszyscy zawsze pytają o to, co się aktualnie czyta. Ja chciałabym Cię zapytać o to, co chciałbyś przeczytać, a na co ciągle brakuje Ci czasu?

RM: Wstyd się przyznać, ale to cały czas jest trylogia Stiega Larssona. Noszę ją w czytniku i noszę, jak zresztą wiele innych książek, ale wiem, że nadejdzie ten dzień kiedy kliknę na okładkę „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”.


RR: Mnie Larsson dobił nudą przy pierwszym tomie, a teraz boję się starcia z kolejnymi… A skoro jesteśmy przy temacie przedłużania – jesteś tym typem pisarza, który leje dużo wody?

RM: A ja z Larssonem łącze nadzieje, ale pożyjemy, zobaczymy. Co do lania wody to mówiąc żartobliwie, mam to – jako pracownik wodociągów – we krwi. A serio rzecz ujmując powinni to oceniać czytelnicy, nie ja. 


RR: Mówisz, że „Najgorsze” nie zostało w bardzo wyraźny sposób okrojone w czasie redakcji?

RM: Cięcia rzecz jasna były, bo po wykrojeniu dobra marynarki też zostaje trochę materiału. To naturalny i normalny proces redakcji tekstu.


RR: Jak udaje Ci się łączyć pracę z pisaniem i obowiązkami domowo-rodzinnymi? To Twoja supermoc?

RM: To chyba coś, co zamiast supermocą nazwałbym próbą udowodnienia sobie (tak, przede wszystkim sobie), że do czegoś się w tym życiu nadaję. A skoro gnębi mnie taki imperatyw, to wymaga on oczywiście umiejętności podziału dnia na różne etapy. Łatwo nie jest, ale ludzkość zajmowała się już znacznie trudniejszymi sprawami i dała radę. Ja też się postaram (śmiech).


RR: Kryminały przeważnie zaczynają się od znalezienia trupa. Dlaczego Twój trup nie pojawił się na początku powieści?

RM: Dlatego - jak już gdzieś mówiłem - że trup niespecjalnie mnie interesuje. Ciekawsze dla mnie są tajemnicze zaginięcia, niewyjaśnione zagadki, odzywająca się mroczna przeszłość. Z punktu widzenia piszącego, wydaje mi się to bardziej inspirujące. Być może kryje się też za tym jakaś trudność w przytrzymaniu czytelnika przy książce, w której zbrodnia nie pojawia się od razu, ale takie wyzwania dobrze mi robią, zmuszają mnie do wysiłku.


RR: Czasami nawet ten trup na początku powieści nie pomaga w przytrzymaniu czytelnika przy niej. Podobną taktykę obierzesz w kolejnych częściach? Dalej będziesz zabijał w dziwnych okolicznościach?

RM: W takim razie już sam nie wiem, co trzyma czytelnika przy książce i co sprawia, że powieść trudno odłożyć. Co do kolejnego pytania; to tak, nadal kluczową kwestią będą tajemnicze lub nietypowe zaginięcia.


RR: Już wiem, że z Markiem Benerem łączy Cię bardzo dużo ;) Stworzyłeś Marka na swoje podobieństwo? 
RM: To prawda i nie zamierzam się tego wypierać. Ale z drugiej strony ta postać jest też zbudowana na kontrze do mnie. Bener jest dziennikarzem, takim jakim ja zawsze chciałem być, ale jakoś mi nie wyszło (śmiech). Wchodzi w temat na sto procent, gryzie go i nie odpuszcza nigdy. Poza tym, lubi słuchać dobrej muzyki i pije piwo. I tu podobieństwa się kończą, bo on zmaga się z traumą związaną z zaginięciem ciężarnej żony, podczas gdy ja jestem szczęśliwym mężem i tatą. Gdybyśmy w przeciwieństwa poszli dalej to dodałbym, że Bener jest szczupły, przystojny i nosi długie włosy. Nienawidzę faceta!


RR: Skąd wziął Ci się pomysł na traumę u głównego bohatera? Całkiem sporo pisarzy obiera taką taktykę, przez co czytelnicy mogą uznać Benera za schematycznego. 
RM: Dobry bohater literacki musi mieć rysę, musi mieć coś, co ukrywa głęboko przed wszystkimi, a co go zwyczajnie trzyma za pysk. Nie wiem czy da się stworzyć dobrego bohatera kryminału bez tej „ciemnej strony mocy”. Powiem szczerze, że ja takiego nie znam.


RR: Jak Bener to robi, że radzi sobie z piętrzącymi się problemami osobistymi i zawodowymi? Jaki jest jego sekret?

RM: To może dość patetycznie zabrzmieć, ale tą siłą jest miłość. Miłość do zaginionej żony. I od razu dopowiem, że nie jest to typ statecznego wdowca żyjącego w celibacie. Bener popełnia mnóstwo błędów, gnębią go wyrzuty sumienia, ale niczego w życiu bardziej by nie pragnął, jak odnaleźć swoją Agatę. Jej poszukiwania wpędzają go w obsesję i desperację zarazem, więc brak jakichkolwiek sukcesów na tym polu sprawia, że w pewnych sytuacjach staje się niebezpieczny dla siebie i otoczenia.


RR: Rozwiążesz tę sprawę z Agatą do końca, prawda? Powiedz, że nie zostawisz w trzecim tomie otwartego zakończenia!

RM: Powiem tylko tyle, że… Albo nie. Nic nie powiem (śmiech).


Fot. Łukasz Piecyk
RR: Nie skomentuję tej odpowiedzi (śmiech)! A co z Toruniem? Wiem, że od długiego czasu jesteś z nim związany, ale najbardziej ciekawi mnie to, czy analizowałeś przebieg fabuły spacerując ulicami miasta? Wcielałeś się wtedy w rolę Marka?

RM: Chociaż złaziłem Toruń wzdłuż i wszerz to jednak wybrałem się w te miejsca, gdzie pojawia się Bener i uważam to za swój obowiązek względem Czytelników. Czasami moje wyobrażenia o pewnych lokalizacjach, nawet tych, które powinienem obejmować pamięcią fotograficzną, odbiegają od rzeczywistości, więc idę tam i fotografuję wszystko to, co może mi się przydać podczas pisania. To ważne, by ten świat kreowany miał dobre odzwierciedlenie w rzeczywistości.


RR: Trylogie są w modzie wśród kryminalistów. Dlaczego zdecydowałeś się na napisanie trzytomowego cyklu?

RM: Pomysł podał na tacy Harlan Coben pisząc świetną trylogię dla młodzieży, w której bohaterem jest bratanek jego głównego portagonisty Myrona Bolitara – Mickey. Pomyślałem sobie, że nie ma chyba na polskim rynku takiej trylogii kryminalnej (albo ja o niej nic nie wiem), w której jeden wątek rozciąga się na trzech tomach, a jednocześnie każdy z nich opowiada inną, skończoną historię. Tak było właśnie u Cobena i zainspirowało mnie to. Ponadto, nie oszukujmy się, czytelnicy kochają serie i warto wejść na rynek z gotowym planem na kilka powieści.


RR: Przy kolejnych tomach pozostaniesz przy tym samym wydawcy czy będziesz coś kombinował?

RM: Niczego nie będę kombinował, bo mam podpisaną umowę z Czwartą Stroną na trylogię, są już gotowe wspaniałe okładki. Gramy w jednej drużynie i wspólnie chcemy osiągnąć sukces. A ja dodatkowo cenię sobie spokój, który zapewnia wydawca i dzięki temu mogę się skupić wyłącznie na pisaniu. Dla debiutanta to wymarzona sytuacja.


RR: Trochę martwią mnie te gotowe okładki – nie znajdziemy na nich odniesień do fabuły książek?

RM: Ależ oczywiście że odnajdziecie, gdyż po pierwsze to są bardzo dobre okładki, a po drugie, powstały na podstawie konspektów kolejnych części opowieści o Benerze.


RR: A tak właściwie to dlaczego Czwarta Strona?

RM: „Najgorsze dopiero nadejdzie” rozesłałem do siedmiu wydawnictw, z którymi chciałem podjąć współpracę, bo wiedziałem, że to mocni gracze na rynku i przede wszystkim aktywni pod względem PR-u i marketingu. Wybór był świadomy, a jednocześnie kiedy już posłałem maila z załącznikiem struchlałem. Bo gdyby żadne z tych wydawnictw się nie odezwało (a odezwały się trzy z nich) to poniósłbym swoistą klęskę. Tymczasem było dla mnie ważne, żeby wydawca uwierzył w ten mój debiut i chciał zainwestować w promocję. Dziś mogę dziękować Czwartej Stronie, że tak się właśnie stało.


RR: A poza tą trylogią masz jakieś inne pomysły na książki? Bo mam nadzieję, że nie spoczniesz na laurach, że jednak będziesz dalej pisał.

RM: Od ponad roku buduję kolejną postać i plan na drugą serię. Mam już nawet pomysł na fabułę i tytuł pierwszego tomu. Nie pytaj o nic, niczego więcej nie zdradzę! (śmiech)


RR: Jak dużo czasu potrzebujesz na wykreowanie fabuły swojej powieści? Pomysły nachodzą Cię nagle, czy raczej musisz pogłówkować, żeby stworzyć coś ciekawego?

RM: Prawda jest taka, że cały czas chodzę i główkuję, więcej mam w głowie niż na kartkach, na których spisuję zarys fabuły. Nowe pomysły przychodzą stale, ale to nie z nimi mam problem, ale ze sobą. Zawsze gnębi mnie myśl, że to, co wymyśliłem jest beznadziejne, że taki Coben to umie, a ja głupi jestem i już.


RR: W jakich warunkach najbardziej lubisz pisać?

RM: Mogę pisać w każdych. Lubię pisać w ciszy, ale nie przeszkadza mi też pojechać do KFC, gdy mam wolną chwilę i tam przy kawie klepać w klawiaturę. Wtedy jakoś hałas mi nie przeszkadza. Jest więc z tym różnie, ale generalnie im bliżej finału, tym głębiej siedzę w fabule i tym mniej rzeczy wybija mnie z rytmu.


RR: Czyli nie planujesz swoich sesji?

RM: Po prostu wyczuwam moment, w którym, po obmyśleniu fabuły, jestem gotowy do pisania, wtedy siadam i piszę i staram się nie robić zbyt długich przerw, bo to obraca się przeciwko mnie.


RR: Jestem pewna, że masz czasami takie dni, że Ci się zwyczajnie nie chce (ja mam nawet całe tygodnie jakiegoś takiego przybicia, szczególnie zimą). Jak sobie radzisz z tym lenistwem?

RM: Kiedyś mogłem to przeczekać, teraz wystarczy, że patrzę w kalendarz i przeliczam liczbę dni do deadline’u na liczbę znaków do napisania każdego dnia. To pobudza bardziej niż kąpiel w przeręblu.


RR: Co na dzień dzisiejszy zmieniłbyś w treści swojej powieści?

RM: Nic bym nie zmienił, ale nie dlatego, że to genialna powieść jest, tylko dlatego, że w taki sposób, z chęcią ciągłego w niej dłubania i poprawiania lepszego na lepsze robiłbym to do końca życia. Kiedy zabierasz się za robienie ciasta przychodzi taki moment, w którym uznajesz, że jest ono dostatecznie wyrobione, co nie znaczy, że nie brakuje cukru albo soli. Ale jest w jakimś sensie skończone. I ja przenoszę to na świat tworzenia powieści. Jeśli tekst jest wyrobiony, to trzeba go oddać innym do przeczytania, a nie zamieniać „ale” na „jednak”, bo to nie ma już żadnego znaczenia dla czytelnika.

Fot. Łukasz Piecyk

RR: Twój debiut został nazwany hitem, ale czy rzeczywiście uważasz, że jego popularność jest na tyle duża, żeby go tak określić? Przyznam się bez bicia, że sama w ogóle o nim nie słyszałam, a trafiłam na niego zupełnie przypadkowo…

RM: Ale na szczęście trafiłaś! Jednak w moim odczuciu to, o co pytasz, to są dwa różne problemy. „Najgorsze” miało i ma dobrą promocję. Minęły dwa miesiące od premiery a książka znalazła się na 6 miejscu listy kryminalnych bestsellerów na empik.com, wydawca przygotowuje dodruk. Na ten „hit” złożyło się więc kilka czynników. Ale najważniejszy jest jeden: wydawca uwierzył w tę powieść i w konkretny sposób anonsował ją różnymi metodami i w różnych mediach, co jak się okazało przyniosło oczekiwany efekt. Szybko został wydany audiobook z genialnym głosem Jacka Mikołajczaka. A ponieważ tekst zbiera dobre, entuzjastyczne nawet opinie, to ta informacja rozchodzi się już pocztą pantoflową.


RR: A ja właśnie przez pocztę pantoflową na „Najgorsze” trafiłam! Chociaż powinnam powiedzieć, że dzięki, a nie przez nią. A do jakiego grona czytelników najbardziej chciałeś trafić?

RM: Miłośników kryminałów i thrillerów, bo dla mnie to raczej jest thriller niż sensacja. Oczywiście można się tu spierać o gatunki, ale nie o to chodzi. Prawda jest taka, że książka sama znajduje swoje czytelnicze grono i autorowi potem nic do tego. Najważniejsze, że „Najgorsze” podoba się Czytelnikom.


RR: Nie nazwałabym Twojej książki “pełnokrwistym kryminałem”, bo sądzę, że ma odrobinę więcej wspólnego z sensacją i thrillerem niż z klasycznym kryminałem. Nie obawiałeś się, że jeżeli postawisz na bardziej wybuchową fabułę to zwolennicy klasycznej formy kryminałów poczują się zawiedzeni?

RM: Obawy były od samego początku, ale to naturalne. Nie było to jednak coś, co mnie blokowało w literackich poczynaniach. Poza tym od samego początku zakładałem, że trylogia będzie składała się z trzech różnych od siebie gatunkowo powieści. Zobaczymy czy ten zamysł uda się zrealizować.


RR: Mam nadzieję, że się uda! Już zacieram ręce! Nie masz wrażenia, że przeszarżowałeś w niektórych miejscach?

RM: Był taki wspaniały brytyjski kierowca rajdowy Colin McRae. Potrafił wygrywać, ale zawsze jeździł na limicie, nawet jeśli sporo ryzykował. Potem jego wypadki przechodziły do historii tego sportu, a samego Colina nazywano McRollin. Nie mam takiego talentu, ale chciałem napisać powieść, która pod tym względem będzie balansowała na krawędzi. Bo jak już wchodzić na rynek literacki to mocno i z przytupem. Musiało być wyraziście, dlatego byłem też przygotowany na to, że jednym się spodoba a innym nie. Ale taka to już natura książek rozrywkowych.


RR: Mimo wszystkich uwag i wytknięć błędów Twój debiut przyjął się bardzo dobrze. Spodziewałeś się tego?

RM: Prawda jest taka, że zgodnie z tytułem powieści raczej spodziewam się gorszych wiadomości niż lepszych. Ale skoro jest tak jak jest, to jestem przeszczęśliwy.


RR: Czyli, że byłeś psychicznie przygotowany na to, że ktoś może mocno Cię skrytykować. Myślałeś nad samym sposobem radzenia sobie z takimi opiniami?

RM: Można myśleć i myśleć, ale nic nie zastąpi chwili, w której dostajesz cios, po którym uginają się kolana. Wtedy się nie myśli tylko działa. I ja robię tak samo – piszę dalej. I staram się pisać lepiej, bez względu na to, co o moim pisaniu sądzą inni.


RR: A co z Twoją powieścią z szuflady? Uważasz ją za gniota, ale w takim razie po co nadal ją tam trzymasz? ;)

RM: Powiem więcej: trzymam i nigdy nie wyrzucę. To zawsze będzie moje tajemnicze lustro w którym będę przeglądał się i sprawdzał, czy robię postępy, czy literacko się rozwijam. Poza tym, ta właśnie powieść cały czas pokazuje mi, że mogę poświęcić wiele miesięcy na pisanie książki, że skoro wytrzymałem jeden maraton, to wytrzymam kolejne biegi długodystansowe. Dlatego, jak widzisz, to ważna dla mnie książka, a ważnych książek po prostu się nie wyrzuca (śmiech).

RR: Nie mam więcej pytań! Bardzo dziękuję za rozmowę.



2 komentarze:

  1. Świetny wywiad, bardzo dobrze poprowadzony. :) "Najgorsze dopiero nadejdzie" czeka sobie na mojej półce, myślę, że w styczniu lub w lutym (zależy, jak sesja pozwoli) zabiorę się za tę książkę. Nie mogę się doczekać, bo akcja ulokowana jest w Toruniu, skąd pochodzę. Jeszcze nie czytałam takiej książki, więc jestem ciekawa wrażeń. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. O rany, ale super wywiad! Pracujesz może w gazecie? Bo jak nie to zdecydowanie powinnaś. ;) I dzięki panu Małeckiego, wiem od której książki zdobędą zacząć swoją przygodę z tym autorem.

    OdpowiedzUsuń

© Agata | WS.