04 września

#486. Amityville Horror | Jay Anson



Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak długo zwlekałam z przeczytaniem tej książki.

Już na wstępie zaznaczę, że to była świetna książka, której ostatecznie dałam się ponieść! Jak o niej myślę, to prawię pieję z zachwytu, bo tak dobrze mi się to czytało. I chociaż nie powiem, żebym szczególnie się niepokoiła w czasie jej czytania, a z początku w ogóle miałam mnóstwo do dopowiedzenia do tej historii, to jestem pewna, że gdybym nie czytała jej w spokojnym domowym zaciszu, to wpłynęłaby na moją wyobraźnię!

 

O Amityville chyba już każdy słyszał, ale podejrzewam, że większość nie wchodziła w szczegóły i sprawy nie zna. A jak zna, to bardziej prawdopodobne, że z filmowych wersji, które w miarę regularnie pojawiają się od 1979 roku. Tak było też ze mną. Przez długi czas nawet nie miałam pojęcia, że pojawiła się książka w tym temacie, a jak już miałam ją na półce, to zagubiła się w masie innych i leżała, leżała, czekając na lepsze czasy. Przypadek chciał, że się na nią zdecydowałam.

 

Autor zabiera czytelników w nietypową podróż w czasie, byśmy lepiej poznali wydarzenia, ale i sam dom. Poznajemy rodzinę Lutzów, którzy właściwie za bezcen wykupili na Long Island posesję z dużym domem i kilkoma dodatkami na ogrodzie. Trochę świadomie, a trochę chyba jednak nieświadomie. Chociaż o okrutnym morderstwie wiedziała cała okolica i wszyscy wydawali się mieć dystans do tego miejsca, nowi lokatorzy na początku za bardzo się tym nie przejmowali. Do czasu. W domu przy Ocean Avenue 112 zaczęły dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy, a przy okazji sami domownicy zaczęli też lekko się zmieniać.

 

Przyznam szczerze, że czytając o tych wszystkich anomaliach miałam w głowie myśli, że ktoś tu jednak chyba trochę przesadza. Jestem raczej osobą, która nie ulega przesądom, a wszelkie takie dziwne sytuacje staram się tłumaczyć na logikę. Po prostu nie wierzę w żadne nadprzyrodzone moce i duchy. Chociaż myślę, że atmosfera w domu może mieć wpływ na zachowanie jego lokatorów, to jednak tłumaczyłabym to samym podejściem człowieka do konkretnych wydarzeń i tym, co właściwie wbił sobie do głowy i czego doszukuje się w ciemnych zakamarkach. W którymś momencie tej powieści przestałam myśleć o tym, w co wierzę, co jest dla mnie prawdziwe i przestałam krytykować wszystko na każdym kroku. Bo jaki sens ma czytanie książki, której w zasadzie nie chce się czytać i którą umyślnie się jakoś tak odrzuca. Mam wrażenie, że takie moje nastawienie z początku było pewną formą obrony, żeby przez przypadek nie dać się wmanewrować w te dziwne sytuacje. Aż w pewnym momencie po prostu dałam się ponieść tej historii. Skończyło się na tym, że mimo tego mojego chłodnego podejścia i pewności, że tam nic nie ma, nie ma się czego doszukiwać, nadal czułam lekkie zaniepokojenie. Przepłynęłam błyskawicznie przez tę powieść, ale dopiero wtedy, kiedy w pełni się na nią otworzyłam.

 

Dla niedowiarków i tych, którzy pozostaną zamknięci na nadprzyrodzone wydarzenia opisywane w tej książce na pewno nie będzie to dobra lektura. Ale ci, którzy dają się ponieść historii, chętnie wchodzą w buty bohaterów albo po prostu mają nawet lekkie obawy przed takimi paranormalnymi wydarzeniami, z pewnością poczują ciarki na plecach. Ja spędziłam przy niej dobrze czas. Gdybym czytała ją w innych okolicznościach wpłynęłaby na moją wyobraźnię i na pewno odczuwałabym jeszcze większy niepokój.




Tytuł oryginału: The Amityville Horror
Tłumaczenie: Maciej Machała
Wydawnictwo: Vesper
Data wydania: 18 września 2019
Moja ocena: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © rude recenzuje.