28 lutego

#462. Władcy czasu | Eva García Sáenz de Urturi



To po prostu trzeba przeczytać!

Wiem, że wśród was jest wiele osób, które nie wierzy w książki bardzo popularne w danym czasie. W ostatnich miesiącach wyjątkowo głośno zrobiło się o tej hiszpańskiej trylogii kryminalnej. Ja na szczęście zdążyłam ją zacząć jeszcze przed tym szumem, w którym zresztą sama biorę udział promując tę serię. Teraz pewnie bym z nią dalej zwlekała, unikałabym jej jak ognia, dopóki instagram trochę nie ochłonie, nie ostygnie. Możecie mi nie wierzyć, ale piszę to całkowicie szczerze – to jedna najlepszych trylogii, jakie kiedykolwiek miałam okazję przeczytać. I to nie w tym problem, że niewiele ich przeczytałam. Powiedziałabym, że zaczęłam mnóstwo serii, nie wszystkie chciało mi się ciągnąć dalej, a zaledwie garstka została na dłużej w mojej głowie z wspomnieniami literackiego spełnienia.

Teraz, kiedy na chłodno myślę o książkach Sáenz de Urturi, nie potrafię wyróżnić jednego elementu, który sprawił, że tak pokochałam tę serię. Mam wrażenie, że w tym przypadku wszystko miało wpływ na mój tak pozytywny odbiór. Zaczynając od tego, że coraz bardziej doceniam wątki obyczajowe w tego typu powieściach, o ile są jedynie urozmaiceniem do intrygi kryminalnej, a nie grają pierwszych skrzypiec. Postaci stworzone przez autorkę dawały się lubić, a w czasie tej wspólnej przygody trochę się do nich przywiązałam i byłam ciekawa, co tym razem ich spotka. Już nawet nie myśląc o kryminalnych zagadkach i komplikacjach z nimi związanych, ale tak prywatnie – jak rozwiną się ich relacje, co z tego będzie. Jednak nie mogę powiedzieć, że motywy kryminalne w tych hiszpańskich powieściach nie były na najwyższym poziomie. W Ciszy białego miasta autorka bardzo zaskoczyła mnie swoją pomysłowością, a w dwóch kolejnych tomach – Rytuałach wody i Władcach czasu – przeszła sama siebie. Każda z tych zagadek miała drugie dno i była ciężka do rozszyfrowania bez dokładnego naprowadzania i podpowiedzi. W fabule nie zabrakło cliffhangerów, dzięki którym przechodziło się jeszcze chętniej do każdego kolejnego rozdziału.

We władcach czasów mamy dwie perspektywy czasowe, które mnie na początku trochę irytowały. Nie potrafiłam zrozumieć o co chodzi, bo jedna była współczesna, a druga mocno odbiegała czasowo. Nie wiem, na ile to sprawka samego tłumaczenia i jak to wyglądało w oryginale, ale w tych retrospekcjach dało się odczuć przerzucenie w przeszłość nawet przez styl, język, którego używali bohaterowie. Jednak nie stanowiło to dla mnie większej przeszkody, bo po dwóch tak doskonałych kryminałach zaufałam Sáenz de Urturi bezgranicznie. Ostatecznie się nie zawiodłam i mimo że ten ostatni tom mocno przesycony jest historią i potencjalnie może nudzić, to ja nadal świetnie się przy nim bawiłam. Wyjątkowo lubię, kiedy w książkach pojawiają się książkowe motywy. Autorka porządnie popuściła tutaj wodzę fantazji i dzieje się coś, co początkowo też trudno było mi ogarnąć. Powiem tylko, że we Władcach czasu jest książka Władcy czasu. Jak się okazuje, zbrodnie dokonywane są właśnie jako odwzorowanie tych książkowych…

Za każdym razem, kiedy skończę jakąś dobrą serię, jest mi wewnętrznie jakoś tak pusto i nieswojo. Tym razem też tam mam. Trochę żałuję, że ta seria już się skończyła, ale na pocieszenie Netflix lada moment wypuszcza ekranizację. Zdecydowanie polecam tę serię osobom, które nie boją się literackich wyzwań i których nie nudzą rozbudowane opisy, a także wątki społeczno-obyczajowe. Zapewniam, że motywy kryminalne są na pierwszym miejscu, ale mnóstwo tu dodatków, które sprawiają, że te powieścią stają się bardziej rzeczywiste, a postaci jeszcze bardziej ludzkie.






Tytuł oryginału: Los seniores del tiempo
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 26 lutego 2020
Moja ocena: 8/10



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © rude recenzuje.