11 września

#429. Czerwony rynek - Scott Carney


Mogę nie być obiektywna, bo po prostu lubię książki tego wydawnictwa.

Mam wrażenie, że mimo tego, że czytam sporo reportaży wydawanych przez Wydawnictwo Czarne, to na palcach jednej ręki mogłabym policzyć te, które mnie zawiodły. Czerwony rynek to kolejna książka spod skrzydeł tego wydawcy, która poza tym, że mocno mnie zaciekawiła samym tematem – bo to o handlu ludzkimi ciałami, gdzie poza pobieraniem organów i krwi od żywych ludzi, kradnie się też szkielety od tych już nieżyjących. Jedna z moich czytelniczek zapytała mnie nie tak dawno temu, po co czytam takie książki, co właściwie mi one dają, a ja nie potrafiłam znaleźć żadnej mądrzejszej odpowiedzi niż po prostu świadomość, że takie rzeczy dzieją się cały czas na świecie i jak to może w niektórych krajach wyglądać od kuchni. O bezpośredniej przyjemności ciężko mówić, ale taka pośrednia z zaspokajania swojej ciekawości jak najbardziej była grana przy tej lekturze.

Z książki Carneya dowiedziałam się, że ludzie nawet w tych czasach wykorzystywani są na potęgę – w szczególności ci, z biedniejszych krajów i dzielnic, którym przydałby się zastrzyk gotówki. Ten reportaż pokazuje przede wszystkim bezwzględność tych, którzy próbują w najtańszy możliwy sposób pozyskać organy czy komórki do dalszej sprzedaży, ale podkreśla też naiwność tych drugich. To z jednej strony książka o podłożu kryminalnym, gdzie pojawiają się kradzieże ludzkich szczątków i nielegalny handel. Z drugiej strony jednak, to historia ludzi, którzy bez zastanowienia stają się dawcami, którzy zmanipulowani ostatecznie zostają praktycznie z niczym. W tym wypadku nazwałabym ich nawet pokrzywdzonymi, bo często nie otrzymują tego, na co się pierwotnie pisali, a czasami zdarza się, że powikłania po operacjach wykluczają ich na jakiś czas z życia. Tak jak przeważnie reportaże nie robią na mnie większego wrażenia, tak przy Czerwonym rynku było nieco inaczej, a ja po prostu niedowierzałam w to co czytam. Analizując tę książkę na chłodno – bo tylko tak polecam do niej podchodzić – jestem w stanie zrozumieć dawców, którzy mają nadzieję na sprawiedliwe wywiązanie się z umowy przez tych pośredników. Rozumiem motywy osób, które kupują ludzkie szkielety i wybierają jednak te pozyskiwane z nielegalnych źródeł nad plastikowymi odpowiednikami. Jednak nigdy nie zrozumiem pośredników, którzy sami wzbogacają się na potęgę na krzywdzie innych.


Jeżeli jesteś osobą o mocnych nerwach, która faktycznie w takiej kryminalnej tematyce siedzi już od jakiegoś czasu, to myślę, że śmiało możesz się skusić na przeczytanie tej książki. Nie wiem jakie będą Twoje motywy, ale liczę, że mając świadomość o czym jest ten reportaż, nie spowoduje on u Ciebie żadnych napadów lękowych i niepokoju. Mimo że książka jest niezła, to jednak po jej przeczytaniu pozostał mi lekki niedosyt. Przy tak ogromnym problemie, o czym zresztą przekonuje nas sam autor, mam wrażenie, że trochę za mało pojawiło się tutaj dokładniejszych informacji – tak jakby reportaż został spisany trochę na szybko. Forma na tym raczej nie ucierpiała, albo tłumacz nie pozwolił tego odczuć polskiemu czytelnikowi. W każdym razie warto przeczytać, ale ja będę dalej szukać książek w podobnym temacie, które może dopełnią informacje podawane przez Carneya.


Tytuł: Czerwony rynek.
Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci
Tytuł oryginału: The Red Market
Autor: Scott Carney
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 232
Data wydania: 24 lutego 2014
Cena katalogowa: 34,90 zł
Moja ocena: 7,5/10




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © rude recenzuje.