13 stycznia

#452. Łańcuch | Adrian McKinty



Ktoś tu zmarnował potencjał tej historii…


Mimo że Łańcuch przeczytałam w grudniu, cały czas nie mogę zrozumieć, jak fabuła tej książki mogła iść w tak złą stronę. Na początku, po kilku pierwszych rozdziałach, wiedziałam już, że w tej historii jest potencjał, że rzeczywiście chyba nie miałam jeszcze styczności z takimi okolicznościami w innych książkach. Podniecenie sięgało zenitu i po prostu chłonęłam kolejne strony oby szybciej dowiedzieć się o co chodzi. Wtedy jeszcze czułam, że to będzie thriller z krwi i kości, a jednocześnie taki, jakie najbardziej lubię – mocno rzeczywisty, ale jednak z delikatną nutką fantazyjnej sensacji. Wszędzie pozytywne opinie, pierwsze rozdziały świetne, więc co mogłoby pójść źle?

Łańcuch jest pewnego rodzaju organizacją, która czerpie korzyści finansowe z porwań. Jednorazowa akcja byłaby stosunkowo słabo dochodowa, nie byłoby tej płynności finansowej, więc trzeba było wymyślić coś, dzięki czemu przy małych nakładach pracy, te porwania miałyby ciągle miejsce. I tak każda kolejna ofiara łańcucha staje się jednocześnie katem.

Od początku tej historii nie polubiłam się z główną bohaterką, która wydała mi się dość nijaka przy bardzo specyficznej i mocnej historii. Przez niektóre elementy postaci widać było, że autor starał się nadać jej konkretną osobowość, że jego celem było wzbudzenie emocji w czytelniku, ale po prostu w moim przypadku to do końca nie wyszło. Albo inaczej – nie wyszło to zgodnie z założeniem, bo w końcówce moje emocje zostały wzbudzone, ale nie było to nic innego jak wkurzenie połączone z zażenowaniem. Cieszyłam się natomiast, kiedy w fabule pojawił się mocny męski charakter. Raz, że po prostu wolę, kiedy przy takich ciężkich wydarzeniach faceci próbują zapanować nad chaosem, a dwa, że w tej historii Rachel stała się tylko pośmiewiskiem. Wyobraź sobie spokojną kobietę w średnim wieku, schorowaną, bo zjada ją rak, chudą i trochę bezsilną. To Rachel z pierwszych rozdziałów książki. Na końcu natomiast była mniej więcej jak Lara Croft, która z pistoletami biega po dachach, a swoich przeciwników praktycznie zabija już samym rządnym zemsty wzrokiem. No to zupełnie nie moja bajka.

Tak sobie myślę, że dwie części tej książki wyglądały, jakby pisały je różne osoby z różnymi motywami i wyobrażeniem całej tej historii. Pierwsza jest bardzo angażująca, ale skonstruowana też tak, że czytelnik musi wysilić wyobraźnię. Dzieją się różne rzeczy, które trzeba poskładać do kupy, jakoś zrozumieć i zacząć wchodzić w ten psychologiczny wątek ofiara-kat. Druga część, przynajmniej moim zdaniem, miała po prostu robić wrażenie. Moją uwagę przykuwał najbardziej rozwój postaci głównej bohaterki, której tak jak na początku nie lubiłam, tak od połowy miałam jej po prostu dosyć.

Może być. Ta książka może się podobać, ale mnie zdecydowanie odrzuciła. Jedynym pozytywnym wspomnieniem jest fajna, ciekawa i rzeczywiście inna fabuła, której potencjał w moim odczuciu został zupełnie zmarnowany. Po przeczytaniu od razu pozbyłam się jej z domu, szkoda miejsca na taką nijakość.






Tytuł oryginału: The Chain
Tłumaczenie: Dariusz Żukowski
Wydawnictwo: Agora
Data wydania: 18 września 2019
Moja ocena: 4/10 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © rude recenzuje.